wtorek, 23 czerwca 2015

Prośba

Kochani!
Jak sam tytuł notki wskazuje, mam do Was prośbę. Chodzi mi o komentarze. Jest kilka osób, które komentują regularnie i jestem im za to ogromnie wdzięczna, ale patrząc na ilość wyświetleń, widzę, że czyta to znacznie więcej osób niż te kilka nielicznych. W sumie, niedługo liczba odwiedzin dobije 15 i pół tysiąca, a komentarzy jest dokładnie 96. 
Cieszę się, że tyle osób czyta moją historię, ale naprawdę chciałabym poznać Wasze zdanie, uwagi na ten temat. Ci, którzy sami prowadzą blogi na pewno wiedzą, ile komentarz znaczy dla autora(ki), ale są tu też osoby, które tego nie robią, więc chciałam im to wyjaśnić.
Każdy komentarz, każde słowo jest czymś, na co autor(ka) czeka, co daje mu motywację do napisania kolejnych rozdziałów, powstrzymuje przed rzuceniem tego wszystkiego w cholerę, często przywraca wiarę w siebie, jest tym wsparciem, którego każdy potrzebuje. 
Tylko jednego dnia, kiedy wrzuciłam rozdział, było 90 wyświetleń i 1 komentarz. Jeden.
Rozumiem, że nie każdy ma czas od razu komentować, ja też czasami czytam coś w pośpiechu na telefonie, ale zazwyczaj siadam potem nad tym w domu i piszę tak, żeby autor wiedział, że mi na tym zależy. To naprawdę nie zajmuje aż tyle czasu.
Nie mam zamiaru rozpoczynać tej popularnej zabawy "50 komentarzy albo nie będzie rozdziału", bo mnie to irytuje, mam wrażenie, że autor(ka) w momencie wstawienia posta z takim wymaganiem, przestaje szanować swoich czytelników. 
Niczego od nikogo nie żądam i historii tej nie przerwę, ale mimo wszystko byłoby mi naprawdę miło, gdyby ktoś wziął sobie do serca to, co właśnie tu napisałam.
Cassandra

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział 17

Kochani,
przepraszam za kolejną dłuższą przerwę, ale koniec roku był potworny...
Mam nadzieję, że teraz uda mi się Wam to jakoś wynagrodzić i zaraz zabieram się za kolejny rozdział :)
Cassandra

Gwendolyn

- Wymyśliliście sposób, żeby ściągnąć ich z powrotem do naszych czasów i nic nikomu nie powiedzieliście?!
- No... Tak właściwie to... - zaczęłam, ale w tym momencie Lucy i Paul uznali, że najwyższy czas nas ratować i weszli do Smoczej sali.
Falk patrzył to na nas, to na nich i chyba nie wierzył własnym oczom. Po chwili podszedł do nich i po prostu ich przytulił. Jakby nie było, tęsknił za nimi. Szczególnie, kiedy wyjaśniła się już sprawa z chronografem. Przeprosił ich. Gideon uśmiechnął się i nachylił się, żeby szepnąć mi do ucha:
- Chodźmy na elapsję. Niech sobie pogadają.
Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się. Nareszcie wszystko na swoim miejscu.

***

2 tygodnie później

 - Lucy, wychodzimy! - krzyknął Paul stojąc przy schodach piętro niżej.
- Już idę, spokojnie! - zawołała, zbiegając na dół.
W końcu umówili się do lekarza w sprawie ciąży. Był sobotni wieczór i razem z Leslie rozsiadłyśmy się na kanapie, żeby po raz sto dwudziesty siódmy obejrzeć "Dumę i uprzedzenie". Właśnie dotarłyśmy do pierwszej sceny balu.
- Kocham ten film, ale niektóre sceny są tak beznadziejnie nieprawdziwe... Na przykład teraz. W porównaniu z prawdziwymi balami, ten jest wyjątkowo sztuczny. Tylko Elizabeth zachowuje się normalnie.
- No wiesz, nie każdy może podróżować w czasie...
- Panno Hay?
Rozległ się głos pana Brecklinsa. Kiedy organizowaliśmy powrót Lucy i Paula, nie wzięliśmy pod uwagę jednej rzeczy - pan Bernhard był ich potomkiem. Zniknął w chwili, gdy się przenieśli. Kiedy to odkryliśmy Lady Arista powiedziała, że to nie nasza wina, że najwyraźniej tak powinno być, bo miejsce Lucy i Paula jest w naszych czasach. Mimo wszystko oddaliśmy mu cześć symbolicznym pogrzebem, jakby nie było, był praktycznie członkiem naszej rodziny. Wtedy po raz pierwszy od śmierci dziadka Lucasa widziałam babcię płaczącą. Właściwie były to zaledwie dwie łzy, które otarła zanim ktokolwiek poza mną zdążył zobaczyć.
- Coś się stało, panie Brecklins?
- Ktoś do panienki przyszedł, myślę, że powinna panienka zejść na... - zaczął lokaj, ale w tym momencie przerwało mu głośne:
- Proszę mnie przepuścić do mojej wnuczki! - krzyknęła dobrze mi znana starsza pani przepychając się obok niego. - Nie do wiary, naprawdę, czy tylko dlatego, że mają wielki dom i mieszkają w lepszej dzielnicy, muszą mieć lokaja?
- Babciu, co ty tu robisz? - zdziwiła się Leslie wstając z kanapy.
- Przyszłam po ciebie, słoneczko! - ja również wstałam i tym samym ściągnęłam na siebie jej wzrok. - Och, Gwendolyn, kochanie, oczywiście nie miałam zamiaru obrazić twojej rodziny, tylko babcię i tę stukniętą ciotkę. - posłała mi przyjazny uśmiech, który zaraz zniknął, kiedy spojrzała na Leslie. - Byłam dzisiaj na obiedzie z twoimi rodzicami, to nie do pomyślenia, naprawdę! Od zawsze mówiłam twojemu ojcu, że małżeństwo z twoją matką to najgorszy ze wszystkich idiotycznych pomysłów, jakie kiedykolwiek przyszły mu do głowy! Ale oczywiście mnie nie słuchał! Jak ona mogła wyrzucić cię z domu, jak?! Co z tego, że jesteś w ciąży? Powinna cię wspierać!
- Babciu, spokojnie...
- Nie rozumiem tylko, dlaczego do mnie nie przyszłaś... Przecież wiesz, że bym ci pomogła!
- Babciu...
- Nie, nie tłumacz się, nie denerwuj się, to nie jest dobre dla ciebie ani dla dziecka. - westchnęła i opadła na fotel.- Ani dla mnie.
Obie usiadłyśmy z powrotem na kanapę.
- Ile już tu mieszkasz, skarbie?
- Dwa miesiące.
- No to chyba najwyższy czas przestać nadużywać gościnności Gwenny i jej rodziny...
- Ależ nie, pani Hay, naprawdę to nic takiego, świetnie nam się razem mieszka i nikt nie ma nic przeciwko - zapewniłam ją.
- Gwendolyn, kochanie, naprawdę jestem ci bardzo wdzięczna za wszystko, ale myślę, że dla wszystkich lepiej będzie, jeśli Leslie zamieszka ze mną. Oczywiście zawsze będziesz tam mile widziana.

Dwie godziny później wszytko było już ustalone z moją mamą. Wszyscy mieliśmy pomóc Leslie, jak tylko będziemy mogli.
- No to pozostaje tylko jedna kwestia. Chłopiec czy dziewczynka? - zapytała babcia z uśmiechem.
- Chłopiec. - odpowiedziała Leslie, kładąc sobie rękę na brzuchu. 
- Dobry! - krzyknął Raphael, wchodząc po schodach do szwalni, ale zobaczywszy naszą czwórkę, zatrzymał się. - Co się dzieje?
- Babciu, to jest Raphael. - przedstawiła go Leslie. - Raphael, to moja babcia. Dzisiaj dowiedziała się o... Naszej sytuacji i właśnie ustaliłyśmy, że zamieszkam z nią. 
- Poczekaj... Trochę za dużo informacji naraz... Wyprowadzasz się od Gwen? 
- Tak... Babcia chce mieć mnie blisko, a i tak za długo już...
- Les, możesz tu mieszkać ile chcesz, w ogóle nam nie przeszkadzasz...
- Wiem, Gwenny, ale tak będzie lepiej... I tak będziemy się widywać prawie codziennie. 
- Okej... Ja muszę to przyswoić, ale miałem przekazać, że na dole czeka na ciebie samochód z Loży i chcą cię gdzieś zabrać, Gwen.
- O tej porze? Jest po ósmej! - oburzyła się mama.
- Podobno jakiś nagły wypadek i wyjaśnią ci wszystko po drodze. Ten facet, Marley, powiedział, że po Gideona też wysłali samochód. 
- No to chyba powinnam się zbierać. - stwierdziłam, wstając. - Leslie, rano pomogę ci z pakowaniem. - obiecałam i pożegnałam się ze wszystkimi, a potem zeszłam na dół. 
- Panno Gwendolyn, nareszcie! - krzyknął pan Marley, kiedy mnie zobaczył. - Spieszymy się, to bardzo ważna sprawa, proszę wsiadać!
- O co chodzi, panie Marley? - zapytałam zdezorientowana, wsiadając do samochodu.
Odpowiedzi nie usłyszałam. W tym momencie poczułam, jak czyjaś ręka przykłada mi do twarzy materiał nasiąknięty dziwnym zapachem. Zaraz po tym, jak zdałam sobie z tego sprawę, straciłam świadomość. 

***
Gideon

Było po dwudziestej trzeciej, a ja siedziałem nad książkami, czytając o ludzkiej anatomii, kiedy Raphael wrócił do domu. 
- I jak Leslie? - zapytałem, nie podnosząc wzroku znad rysunku szkieletu człowieka pierwotnego.
- W porządku. Jej babcia odkryła, że rodzice wyrzucili ją z domu i postanowiła zabrać ją do siebie, jutro musimy pomóc jej z przeprowadzką. - powiedział i usiadł obok mnie przy stole. - A czego chcieli w Loży?
Spojrzałem na niego zdziwiony.
- Jak to co chcieli? 
- No jak szedłem do Leslie to pod domem Gwen zaczepił mnie ten Marley i kazał mi przekazać, że musi zabrać Gwenny do Loży, że to coś ważnego i że po ciebie też wysłali samochód.
- Nikogo nie wysyłali. - powiedziałem zaniepokojony i wyjąłem telefon, a potem wybrałem numer Falka. 
- Halo? - usłyszałem jego zaspany głos w słuchawce.
- Dlaczego wysłaliście po Gwen samochód? 
- Co?
- Dlaczego wysłaliście po Gwen samochód? - powtórzyłem siląc się na spokojny ton. - Dlaczego ja o niczym nie wiem, chociaż powiedzieliście, że po mnie też przyjadą?
-  Gideonie, nikogo nie wysyłaliśmy. Ani po ciebie, ani po Gwendolyn.

***
Gwendolyn

Pierwszym co usłyszałam było ciche buczenie. Otworzyłam oczy, ale zaraz z powrotem je zamknęłam, porażona światłem. Dopiero po chwili podjęłam kolejną próbę. Tuż nade mną żarzyła się lampa pokroju tych, z którymi muszą się męczyć ryby w akwarium. Kolejną rzeczą, którą odnotowałam był potworny ból głowy, który wzmagał się z każdym ruchem. Chwilowo zrezygnowałam z rozglądania się i ponownie zamknęłam oczy. Dopiero kiedy usłyszałam kroki, podniosłam głowę. Zobaczyłam pana Marleya, wchodzącego do pomieszczenia, w którym się znajdowałam. 
- Gdzie ja jestem? Co się tu dzieje? - zapytałam i chciałam usiąść, ale uniemożliwiły mi sznury, którymi mnie skrępowano. - Niech mi pan natychmiast powie...
- Milcz, głupia dziewczyno! - warknął w moją stronę głosem, który w ogóle nie przypominał jąkającego się pana Marleya. - Niedługo się wszystkiego dowiesz.
Już chciałam mu powiedzieć, co o tym wszystkim myślę, ale w tym momencie usłyszałam inny, od dawna znienawidzony głos. 
- Gwendolyn, jak miło znowu cię widzieć!

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 16

Kochani!
Tak jak obiecywałam, wzięłam się za rozdział i już go skończyłam :)
Kilka kolejnych mam już rozplanowanych, wiem co się wydarzy i będzie to znacznie więcej niż "spaghetti na kolację" ;)
Mam nadzieję, że Wam się spodoba i że choć trochę sprostałam Waszym wymaganiom co do długości i ciekawości rozdziału ;)
Zapraszam do czytania :)
Cassandra

Miesiąc później
 
Gideon
- Może powinniśmy jeszcze poczekać...
- Gwen, nie będziemy bardziej gotowi.
- Ale co jeśli coś im się stanie...?
- To wrócimy tam i zapobiegniemy temu. Gwen, przerabialiśmy to milion razy, znam połowę dokumentów z archiwum Loży na pamięć, wszystko mamy opracowane, nie ma sensu odkładanie tego w nieskończoność. Oni chcą wrócić i my też chcemy, żeby wrócili, tak? 
Znowu byliśmy w tym kościele, w którym po raz pierwszy ją pocałowałem. Stąd było najbliżej. Po raz kolejny naszły ją wątpliwości. Podszedłem do niej i dotknąłem dłonią jej policzka. Spojrzała na mnie niepewnie.
- Wszystko będzie dobrze, Gwenny. Nie możesz panikować. Oni naprawdę tego chcą, zgodzili się na to, wiedząc jakie to ryzyko. - objąłem ją ręką w talii i przyciągnąłem ją do siebie. - Jeśli coś się nie uda to cofniemy się jeszcze raz i przeszkodzimy samym sobie. 
- Ale... Wtedy jak byliśmy w tunelach, w metrze... Przecież okazało się, że to od początku byłeś ty, że sam walnąłeś się w głowę...
- Ale udało nam się zmienić historię z Jamesem, prawda? Dzięki nam nie umarł tak wcześnie i nie straszył w twojej szkole. - westchnąłem, widząc, że nadal ma wątpliwości. - Gwenny, musimy spróbować.
- Wiem. Po prostu się boję.
- A nie bałaś się, kiedy obroniłaś mnie wtedy w parku? Albo kiedy Alcott razem z Lordem Alastairem chcieli nas zabić? Jesteś jedną z najodważniejszych osób, jakie znam, dasz radę, Gwendolyn. Razem damy radę. Lucy i Paul w nas wierzą i nie możemy ich zawieść, tak?
Przez chwilę nie patrzyła na mnie, a potem podniosła wzrok i już wiedziałem, że udało mi się ją przekonać.
- Masz rację. - powiedziała z zadziornym uśmiechem. - Chodźmy ściągnąć ich do naszych czasów.

***

Gwendolyn

Nastawiliśmy chronograf na pół godziny i przenieśliśmy się do lutego 1919 roku. Czekaliśmy jakieś dziesięć minut aż Lucy, Paul i Lady Tinley wpadli do kościoła.
- Przepraszam, że tak długo, ale jest strasznie dużo śniegu i nie mogliśmy dojechać. - powiedziała Lucy i podbiegła do nas, żeby się przywitać. 
- Nic się nie stało. - powiedział Gideon, uśmiechając się do niej uspokajająco. - Gotowi? 
- Bardziej nie będziemy. - stwierdził Paul i podszedł mnie uściskać. - Margaret powie wszystkim, że przenieśliśmy się do Francji i pozamyka wszystkie sprawy. Jeśli się uda, oczywiście. 
- Nie wiemy jak ci dziękować, Margaret, naprawdę. - zaczęła Lucy. - Tyle dla nas zrobiłaś, tak nam pomogłaś przez te kilka lat...
- Och, nonsens, moja droga. Doskonale byście sobie poradzili beze mnie, ja wam to tylko troszkę... ułatwiłam. - uśmiechnęła się ciepło i wyciągnęła ręce. - Chodźcie się tylko pożegnać i uciekajcie. Ja się wszystkim zajmę. No i moglibyście mnie jeszcze kiedyś odwiedzić, wszyscy. 
Lucy przytuliła się do niej i zaczęła płakać.
- Oczywiście, że cię odwiedzimy, Margaret. - zapewnił ją Paul i dołączył do ich uścisku. 
Chwilę później wtrącił się Gideon.
- Naprawdę nie chcę wam przerywać, ale zostało nam pięć minut do przeskoku...
Szybko odsunęli się od siebie.
- Idźcie już. - powiedziała Lady Tinley. - Tylko uważajcie na siebie!
Lucy i Paul zapewnili ją, że będą i że ją odwiedzą, przytulili ją po raz ostatni, a potem podeszli do nas. Paul chwycił za rękę mnie, a Lucy Gideona. Oczywiście stwierdzili, że nie ma opcji, żeby dwóch facetów złapało się za ręce, choćby okoliczności były nie wiadomo jakie. Wymieniłyśmy z Lucy rozbawione spojrzenia, myśląc dokładnie o tym samym. Po chwili poczułam zawroty głowy i popatrzyłam na Gideona.
- Już zaraz. - szepnął, a ja mocniej ścisnęłam dłoń Paula, czując że żołądek skręca mi się nie tylko z powodu zbliżającego się przeskoku. 
Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Nie wiem jak długo go wstrzymywałam, ale otworzyłam oczy dopiero, kiedy usłyszałam pisk Lucy:
- Udało się!
Nadal staliśmy w kościele, ale nigdzie nie było Lady Tinley i wszystko wyglądało już tak, jak w naszych czasach. Lucy całowała to mnie to Gideona i po raz kolejny się rozpłakała, a Paul nas uścisnął.
- Nawet nie wiem, jak wam dziękować. - powiedziała moja biologiczna mama i znowu mnie przytuliła. 
Mnie też oczy zaszły łzami. Nareszcie miałam ich przy sobie. 

***

Kiedy dojechaliśmy do mnie do domu Lucy przeszła już chyba wszystkie możliwe fazy. Najpierw była szczęśliwa, że wrócili, potem smutna, że Margaret została w tamtych czasach, później znowu cieszyła się, że teraz może żyć obok nas i wreszcie założy swoje ukochane dżinsy, a potem bała się, że nikt nie ucieszy się z ich powrotu i będą chcieli, żeby znowu zniknęli. W końcu udało nam się ją jakoś uspokoić, ale nie było łatwo. Była sobota, więc pan Bernhard miał wolne. Otworzyłam swoimi kluczami i weszliśmy do środka. Kazałam im być cicho, bo nie chciałam, żeby jako pierwsza dopadła ich ciotka Glenda. Kiedy wchodziliśmy po schodach musiałam im pokazać, które skrzypią, więc szliśmy trochę wolno, ale udało nam się dotrzeć na górę. W szwalni, znaczy naszym salonie, nikogo nie było. Słyszałam szum prysznica, co znaczyło, że mama wróciła już z pracy. Nick był u jakiegoś kolegi, a Caroline siedziała u siebie w pokoju.
- Wyjęliśmy wam jakieś ubrania, są u mnie w pokoju na łóżku. Powinny w miarę pasować.
Po raz kolejny nam podziękowali i poszli się przebrać, a my usiedliśmy na kanapie jakby nigdy nic i włączyliśmy telewizor. Gideon objął mnie ramieniem i szepnął mi do ucha:
- Widzisz? Wszystko się udało. Nie trzeba było panikować. 
Uśmiechnęłam się pod nosem i szturchnęłam go łokciem między żebra.
- Też się stresowałeś. Chociaż trochę. 
- Byłem zbyt zajęty uspokajaniem ciebie, żeby samemu się denerwować. 
- A idź ty. - prychnęłam, na co on parsknął śmiechem. - Cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło. - dodałam przysuwając się bliżej niego. 
- Ja też. - pocałował mnie w czoło.
Siedzieliśmy tak jeszcze kilka minut, kiedy usłyszałam, że otwierają się drzwi do łazienki.
- Cześć, mamo.
- Dzień dobry, pani Sheperd. - przywitał się Gideon.
- Dzień dobry. Gideonie, zostaniesz na kolację? Dzisiaj ja gotuję i właśnie się zastanawiam, co zrobić.
- Mamo, będzie kilka... Dodatkowych osób. - powiedziałam, patrząc na nią z uśmiechem.
- Co to znaczy? - zapytała, marszcząc brwi.
- No... Dokładniej to dwie. - dodał Gideon.
W tym momencie drzwi do mojego pokoju się otworzyły i stanęli tam Lucy i Paul. Tym razem ubrani już odpowiednio do naszych czasów. Mama patrzyła na nich z niedowierzaniem i szeroko otwartymi ustami. 
- Ale... Jak...? 
- Och, Grace! - krzyknęła Lucy i rzuciła jej się na szyję. 
Obie zaczęły płakać i mam wrażenie, że Paul też był tego bliski, szczególnie, kiedy dołączył do ich uścisku. 
Caroline, słysząc krzyki, wyszła z pokoju i teraz patrzyła ze zdziwieniem na rozgrywającą się w naszej szwalni scenę.
- O co chodzi? - zapytała, podchodząc do mnie i Gideona. - Kto to jest?
Uśmiechnęliśmy się do siebie, a on wziął ją na kolana. 
- Pamiętasz historię o kuzynce Lucy, która razem ze swoim chłopakiem uciekła w przeszłość? - zapytałam, uważając na słowa. Ani Nick ani Caroline nie wiedzieli, że tak naprawdę nie jesteśmy rodzeństwem i że to właśnie Lucy i Paul są moimi biologicznymi rodzicami.
- No...
- Gideonowi i mnie... Udało się ściągnąć ich z powrotem. 
- I... Oni płaczą ze szczęścia, prawda? 
- Tak, skarbie. - uśmiechnęłam się szerzej, widząc radość w jej oczach.
-  W takim razie mam nadzieję, że Lucy jest lepsza od Charlotty. 
Roześmialiśmy się.
- Jest w stu procentach lepsza.

***

Gideon

Kiedy mama Gwen, Lucy i Paul przestali się już ściskać i poznali się z Caroline, postanowiliśmy zejść na dół, żeby przywitali się z resztą rodziny. Glenda zaraz nawymyślała im, że zrobili to tylko dlatego, żeby zwrócić na siebie uwagę, na co Lady Arista kazała jej się zamknąć, a sama przytuliła Lucy i nawet posłała im ciepły uśmiech. Charlotta przywitała się z nimi, ale było to dosyć chłodne i później stała tylko i patrzyła na nich spod uniesionej brwi, krzywiąc się lekko. Za to ciocia Maddy powitała ich z głośnym piskiem radości, godnym Caroline. Mama Gwen poszła robić obiad, a Lucy natychmiast zadeklarowała się, że pomoże i razem z Gwenny do niej dołączyły. Ciocia Maddy stwierdziła, że lepiej, żeby ona się do garnków nie zbliżała, ale z Caroline usiadły przy stole, żeby posłuchać opowieści Lucy.
- Możemy pogadać? - zapytał Paul, kiedy reszta wróciła do swoich pokojów. 
- Jeśli tylko nie masz zamiaru mnie zabić za to, że jestem z twoją córką, to jasne.
- Nie... Nie będę od razu zabijać... Nie po tym, jak ściągnęliście nas z powrotem. - uśmiechnął się. - Ale chciałem porozmawiać właśnie o Gwendolyn. - spojrzałem na niego z wyczekiwaniem, a on westchnął. - Chodzi o to, że... Mimo tego, że nas tutaj nie było przez te wszystkie lata, nie było dnia, kiedy o niej nie myślałem i jest dla mnie naprawdę ważna...
- Wiem. Dla mnie też. Chociaż w trochę inny sposób.
- Po prostu muszę wiedzieć, że o nią zadbasz, że naprawdę ją kochasz i nie pozwolisz, żeby cokolwiek się jej stało.
- Kocham ją i nic tego nie zmieni. Zadbam o nią jak tylko będę mógł najlepiej i zabiję każdego, kto będzie chciał ją skrzywdzić, a sam nigdy tego nie zrobię. - powiedziałem, patrząc na niego poważnie.
Chyba chciał coś jeszcze dodać, ale w tym momencie do pokoju weszła Gwen.
- Aby uczcić wasz powrót postanowiłyśmy, że zbuntujemy się zasadom Lady Aristy i zamówimy pizzę. Jaką chcecie? - zapytała z szerokim uśmiechem, równocześnie rozładowując całe napięcie panujące między nami. 

***

Gwendolyn

Leslie i Raphael przyszli w samą porę na kolację. Moja przyjaciółka była zachwycona tym, że może wreszcie poznać Lucy i Paula i razem z moją biologiczną matką natychmiast odnalazły wspólny język. Kiedy skończyliśmy już jeść (a trzeba dodać, że mimo wszystko było w miarę spokojnie, bo Lady Arista nawet nie wspomniała o swoich zasadach i pizzy) Lucy poszła zadzwonić do swoich rodziców, a ja i Leslie pożegnałyśmy chłopaków. 
- Jutro trzeba będzie  powiedzieć o wszystkim Falkowi. - powiedziałam cicho do Gideona, krzywiąc się, kiedy staliśmy w przedpokoju.
- To będzie chyba bardziej stresujące od samego ściągania ich tutaj. - szepnął, nachylając się do mnie.
Parsknęłam śmiechem i pocałowałam go w usta. Po chwili przerwało nam chrząknięcie. Odsunęliśmy się od siebie i zobaczyliśmy Paula, stojącego za nami. Szczerze mówiąc, miałam ochotę mu coś powiedzieć, ale w tym momencie usłyszałam ciocię Maddy wołającą z salonu.
- Paul, kochanie, chodź pograj ze mną w scrabble! I zaraz przyniosę ci coś na kaszel, skoro tak chrząkasz.
Widząc jego minę, roześmialiśmy się i znowu zaczęliśmy całować.
- To teraz już tak łatwo nie zostaniesz u mnie na noc... - stwierdził Gideon.
- Nie... Teraz po prostu będę się miała komu sprzeciwiać i ucieknę z domu. 
Parsknął śmiechem i pocałował mnie po raz ostatni, a potem razem z Raphaelem wyszli z domu.

piątek, 1 maja 2015

Rozdział 15 cz.2

Kochani!
Ta "druga część" jest krótkim dopełnieniem tamtego rozdziału. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i przepraszam, że znowu tak długo mi zeszło, ale szkoła jest po prostu masakrą w czystej postaci :/ Ze względu na kilka luźniejszych dni skończyłam pisać to i zaraz biorę się za kolejny rozdział, który myślę że bardziej przypadnie Wam do gustu, bo wprowadzę trochę akcji ;)
Dodatkową motywacją i zarazem inspiracją było to, że dzisiaj o 13:10 na TVP1 puścili "Czerwień rubinu" :D
Mam nadzieję, że nie tylko ja oglądałam ;)
Pozdrawiam,
Cassandra

Gwendolyn

- Dlaczego strażnicy nie powiedzieli mi, co naprawdę się stało tylko cały czas mówili, że "coś ci wypadło"? - zapytałam Gideona, kiedy jechaliśmy samochodem Loży do niego, do domu.
- Bo wiedziałem, że się wściekniesz i wolałem, żebyś wyładowała się na mnie niż na innych. - powiedział uśmiechając się lekko.
- No cóż... Pan Marley i tak ma już zmasakrowaną stopę... -spojrzał na mnie zdziwiony. - Kiedy powiedział, że nie jest upoważniony do mówienia mi, gdzie jesteś potknęłam się i przypadkiem nadepnęłam mu na nogę... Trochę z całej siły.
Gideon roześmiał się i objął mnie ramieniem.
- I dobrze. Nigdy go nie lubiłem.

Gideon

Kiedy dojechaliśmy do mnie do domu Leslie i Raphaela jeszcze nie było, więc mieliśmy trochę czasu, żeby przygotować kolację. Kiedy wyjąłem makaron i koncentrat pomidorowy Gwen zaprotestowała:
- Nawet o tym nie myśl. 
Spojrzałem na nią zdziwiony.
- Ale o czym?
- Nie będziemy jeść spaghetti.
- Dlaczego?
- Bo jemy je za każdym razem, kiedy dorwiesz się do kuchni przede mną, czyli prawie zawsze.
- Ale ja lubię spaghetti.
- Ja też, ale wszyscy mają go już dość. 
- Nigdy nie jest dość spaghetti.
- Po prostu przyznaj, że to jest jedyna rzecz, którą potrafisz zrobić.
- Nie... Po prostu lubię spaghetti.
- Gideon... - spojrzała na mnie zniecierpliwiona i wyglądała w tym momencie identycznie, jak Lucy, kiedy Paul ją zirytuje.
- No dobra. - westchnąłem. - Ale Falk też tylko tyle potrafi! - dodałem na swoją obronę.
Gwen parsknęła śmiechem i schowała to, co wcześniej powyciągałem.
- To co będziemy robić? - zapytałem.
- Łososia. Poprosiłam wczoraj Raphaela, żeby wszystko kupił. - powiedziała, wyjmując z lodówki rybę. 
 ***
Kiedy ryż czekał już ugotowany i przyprawiony, a łosoś kończył się piec, do domu weszli Leslie i Raphael, który zaraz wparował do kuchni.
- Alleluja, nie ma spaghetti! - pokazałem mu odpowiedni palec, a dziewczyny zaczęły się śmiać.
Chwilę później usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy jeść. Leslie opowiadała nam o USG, na którym dzisiaj była, kiedy my spaliśmy w 1956 roku. Pokazała nam czarno-białe zdjęcie. Było widać, że i ona i Raphael przywykli już do myśli o ciąży, szczególnie, że mój brat patrzył na fotografię z dziwną dumą. Kiedy skończyliśmy kolację razem z Gwen poznosiliśmy naczynia do kuchni.
- Ej, nie pisałeś kiedyś wypracowania o Darwinie? - zapytał Raphael, wchodząc do kuchni.
- Pisałem.
- A masz je jeszcze gdzieś? - przytaknąłem. - Pożyczysz mi je? Mam zadane na jutro i kompletnie o tym zapomniałem.
- Przykro mi - dałem już Gwen. - powiedziałem patrząc na nią.
- Jak ty to zrobiłaś? Proszę go za każdym razem i jeszcze nigdy nic mi nie dał!
- No wiesz... To się nazywa urok osobisty... - mówiąc to Gwen odrzuciła włosy na plecy.
- Chyba cycki. - mruknął pod nosem, a ona rzuciła w niego gąbką.

niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 15 cz. 1

Kochani!
Nie chciałam tego robić, ale nie mam wyboru - wrzucam pół rozdziału. Mam nadzieję, że uda mi się napisać resztę jak najszybciej, ale nie mogę nic gwarantować ze względu na szkołę, czas, mój komputer (gniot się psuje) i moją kapryśną wenę. Publikuję to w takiej formie, ponieważ tak strasznie miło było mi czytać Wasze komentarze, że nie mogłam już dłużej zwlekać, szczególnie po poprzedniej ogromnej przerwie. Poza tym jeszcze jeden fakt miał na to wpływ - 10000 wyświetleń!!! Bardzo Wam dziękuję za nie wszystkie i cieszę się, że udało mi się do tylu dobić, bo właściwie nie wierzyłam, że to się może stać, głównie ze względu na (niestety) małą popularność Trylogii w Polsce (nie to, co Harry Potter ;)). W każdym razie, dziękuję Wam bardzo i mam nadzieję, że chociaż trochę spodoba Wam się ten fragment, który dzisiaj wrzucam :)
Pozdrawiam,
Cassandra

Ps. W większości było pisane na telefonie, więc jeśli wyłapiecie jakieś głupie błędy to piszcie! :) Są one bardzo możliwe ze względu na moją głupią autokorektę ;)


- Leslie? Co się stało? - zsunęłam się z Gideona i usiadłam, a on zrobił to samo, patrząc na mnie i marszcząc lekko brwi, jak zawsze, kiedy był zmartwiony. - Leslie? - moja przyjaciółka nie odpowiedziała, usłyszałam tylko cichy szloch.
- Gwen, będziemy u ciebie za pół godziny. - powiedział Raphael, który widocznie przejął telefon dziewczyny.
- Dobrze, ale co się stało? - dopytywałam się. - Dlaczego Les płacze?
- Opowiemy wam wszystko, jak przyjdziemy.
Westchnęłam.
- Będziemy na dachu.
Nic już nie odpowiedział, po prostu się rozłączył. Gideon spojrzał na mnie pytająco.
-Nie wiem, co się stało, ale Leslie płacze. Raphael musiał zabrać jej telefon, żeby powiedzieć, że będą za pół godziny. - on też westchnął. - To wszystko przez jej mamę! To na pewno ona, jej tata jest w porządku, pewnie się wkurzył, ale na pewno nie doprowadziłby jej do płaczu w takiej chwili. - wściekła wstałam i zaczęłam chodzić tam i z powrotem po dachu. - Ciekawe, co tak krowa zrobiła, ja jej pokażę! Jak ona, kurwa, mogła... - taki monolog ciągnął się jeszcze dobrych kilka minut. W zasadzie przerwał go dopiero fakt, że potknęłam się o jedną z poduszek i gdyby Gideon nie złapał mnie za rękę, to pewnie bym spadła.
- Siadaj, Gwen. - powiedział stanowczo i pociągnął mnie na podłogę, nie pozostawiając mi za bardzo wyboru.
- Nie chcę. - zaprotestowałam i próbowałam wstać, ale przytrzymał mnie mocno, zaciskając wokół mnie swoje silne ramiona. - Gideon, puść  mnie. - warknęłam. Musiałam się teraz wyżyć, chodzenie przynajmniej trochę ostudzało moją złość, a on nawet na to mi nie pozwalał! Najchętniej przyłożyłabym komuś w twarz. Z całej siły.
- Nie. - powiedział cicho i spokojnie, ale zacieśnił uścisk.
- Dlaczego?
- Bo jak tak dalej pójdzie to spadniesz.
- No i co z tego? Przecież i tak jestem nieśmiertelna, na coś mi się to musi przydać!
- Może i jesteś nieśmiertelna, ale to nie znaczy, że mam ochotę tłumaczyć to tym wszystkim przerażonym przechodniom, kiedy będę zeskrobywał cię z chodnika. - szepnął mi prosto do ucha, a ja wyraźnie czułam przyspieszone bicie jego serca tuż za moimi plecami. - Więc uspokój się, z łaski swojej, i siedź dopóki Leslie i Raphael nie przyjdą.
Prychnęłam zirytowana, ale zaraz zrozumiałam, że nie mam innego wyjścia i spróbowałam się opanować. Chwilę później poczułam, że Gideon rozluźnia trochę uścisk. Teraz wcale już nie próbował mnie unieruchomić - po prostu mnie przytulał. Oparł się plecami o jeden z kominów, a głowę nachylił tak, że jego usta znajdowały się tuż przy moim uchu.
- Wiem, że jesteś wściekła. - powiedział cicho. - Ja też jestem, ale skoro Leslie jest w takiej rozsypce, to nie możemy tego przy niej pokazać - to tylko pogorszy całą sytuację. Musisz trzymać nerwy na wodzy, maskować złość. Nie pomożemy jej wrzaskiem i przekleństwami, przecież wiesz. - głaskał mnie uspokajająco po ramionach.
- Wiem. - przyznałam mu rację. - Ale muszę się na czymś wyżyć i...
- I padło na mnie.
- Mniej więcej. - przytaknęłam, a on parsknął cicho śmiechem.
Resztę czasu przesiedzieliśmy w ciszy, co chwilę nerwowo zerkając na zegarek Gideona. Po jakichś dwudziestu minutach klapa w podłodze otworzyła się i wysunęła się przez nią zapłakana twarz Leslie, a zaraz cała jej reszta. Wstałam i podbiegłam do niej, a później pomogłam jej wyjść - cała się trzęsła. Zaraz za nią pojawił się Raphael. Gideon też się podniósł i podszedł do nas, a moja przyjaciółka rzuciła mi się na szyję i zaszlochała.
- Co się stało, Leslie? - zapytałam głaszcząc ją po plecach.
Ona tylko pokręciła głową. Spojrzałam pytająco na Raphaela.
- Kiedy jej mama o tym usłyszała, powiedziała, że ma piętnaście minut, żeby się spakować, a później nie chce jej widzieć więcej na oczy. Jej tata próbował protestować, ale nie dała mu dojść do głosu. Nie chciała nikogo słuchać. - westchnął i przejechał nerwowo dłonią po włosach. - Więc pomogłem Leslie się spakować i wyszliśmy. Wtedy do ciebie zadzwoniliśmy.
Gideon pokręcił z niedowierzaniem głową i spojrzał na Les ze współczuciem, a ona zaszlochała po raz kolejny. Za to ja nie czułam nic poza czystą wściekłością. Wiązanka przekleństw, która niepohamowanie wypłynęła z moich ust sprawiła, że oczy braci de Villiers rozszerzyły się do rozmiarów spodków od filiżanek, a Leslie na chwilę ucichła i odsunęła się, żeby spojrzeć na mnie zdziwiona.
- No co? - popatrzyłam na nich pytająco. - Muszę się jakoś wyżyć. Chyba, że ktoś chce dostać po twarzy, wtedy się zamknę i załatwię to inaczej.
- Ale będę miał bratową... - szepnął Raphael do Gideona, a on tylko pokiwał głową, nadal patrząc na mnie ze zdumieniem zmieszanym z dziwnym podziwem.
- Les, będziesz mieszkać u mnie. - zarządziłam.
- Dzięki. - powiedziała cicho i uśmiechnęła się do mnie słabo, a z jej oczu zaraz znowu popłynęły łzy.
- Nie płacz już. Nie powinnaś się denerwować, wszystko będzie w porządku. - przez następne kilka minut wszyscy ją uspokajaliśmy, aż w końcu przestała płakać. 
- Dziękuję. - szepnęła i popatrzyła na nas z wdzięcznością. Chciała dodać coś jeszcze, ale nie pozwolił jej na to odgłos otwieranej klapy w podłodze. Po chwili z dziury wyłoniła się głowa mojej mamy.
- Tak myślałam, że tu będziecie. - pokręciła głową poirytowana - nie lubiła, kiedy przychodziliśmy na dach. Zawsze bała się, że pospadamy. - Zejdźcie na dół.
Niechętnie wykonaliśmy jej polecenie. Kazała zostawić nam koce i poduszki, mówiąc, że poprosi pana Bernharda, żeby później je zabrał. Usiedliśmy na kanapie, a ona przycupnęła na stoliku do kawy przed nami.
- Jak poszła rozmowa z rodzicami? - zapytała, chociaż wydaje mi się, że już dobrze znała odpowiedź - na twarzy Leslie wciąż widniały ślady łez.
Ona tylko pokręciła głową.
- Leslie zamieszka u nas, mamo. - powiedziałam szybko.
- Ale co się...
- Jej mama.
- Ach... - westchnęła. - Może jeszcze z nią porozmawiam, musiała to zrobić pochopnie, nie przemyślała tego...
- Nie. - odezwała się Les. - Tak myślałam, że tak to się skończy. Czy... Nie będzie pani miała nic przeciwko...
- Oczywiście, że nie, skarbie. Będę tylko musiała porozmawiać o tym z moją matką, ale to nie powinien być większy problem, jeśli mieszkałabyś z nami na górze. - westchnęła. - Myślę, że powinnaś się położyć - to trochę dużo przeżyć, jak na jeden dzień. - moja przyjaciółka pokiwała głową. - Gideon, Raphael, jedźcie do domu, dla was to też na pewno nie był łatwy dzień. - zgodzili się z nią i wszyscy wstaliśmy.
Pożegnałyśmy się z nimi i poszłyśmy do mojego pokoju, a oni ruszyli w kierunku schodów.
***
- Jak myślisz, Gwen? 
- Co? - zapytałam dość mało inteligentnie, patrząc zdezorientowana na moją przyjaciółkę. Leżałyśmy na łóżku w mojej sypialni. Od "przeprowadzki" Leslie minęły już ponad dwa tygodnie i obie zdążyłyśmy się przyzwyczaić do mieszkania razem, a Les pogodziła się z myślą o ciąży. - Przepraszam, nie słuchałam. 
Zaśmiała się cicho i spojrzała na mnie rozbawiona.
- Ostatnio, co chwilę mi gdzieś odpływasz.
- Oj, cicho... To o co pytałaś? - parsknęła śmiechem.
- Zastanawiałam się, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka... Jak myślisz?
- mówiąc to lekko dotknęła swojego brzucha. Jak na razie nic jeszcze nie widać, ale przecież to dopiero drugi miesiąc.
- Hmmm... Bardziej wyobrażam sobie ciebie z dziewczynką. Byłaby małą księżniczką Raphaela... No i mogłabym jej kupować całą masę różowych ubranek, aż zaczęłabyś rzygać na widok tego koloru. - roześmiała się.
- Chciałabym, żeby to była dziewczynka... Ale chłopca też bym kochała. Ja to bym go wychowała... Maniery rodem z osiemnastego wieku... Musiałabym podpatrzeć to u Gideona... - szturchnęłam ją w ramię, ale obie parsknęłyśmy śmiechem.
- Co wam tak wesoło? - zapytała mama wchodząc do pokoju.
- Myśli pani... - zaczęła Les, ale kiedy zauważyła ostrzegawcze spojrzenie mojej mamy natychmiast się zreflektowała. - Znaczy, myślisz, Grace, że będzie chłopiec czy dziewczynka?
- Nie mam pojęcia. Dowiesz się koło czternastego tygodnia, podczas USG, zakłady nic tu nie dadzą. - uśmiechnęła się do nas. - Przez pierwsze trzy, cztery miesiące wszyscy byliśmy przekonani, że Nick będzie dziewczynką, no i proszę, co z tego wyszło. Obiad będzie gotowy za dziesięć minut, a za pół godziny mają przysłać po ciebie samochód, Gwen.
- Gideon miał po mnie przyjechać...
- Dzwonili, że coś mu wypadło i nie może, ale dołączy do ciebie podczas elapsji. - powiedziała i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
- Nie napisał ci nic? - zdziwiła się Leslie.
- Nie... - sprawdziłam telefon. - Nie, nic nie dostałam.

***

Siedziałam na kanapie w 1956 roku i próbowałam czytać, ale niezbyt dobrze mi to szło, głównie przez to, że nikt nie chciał mi powiedzieć, co tak nagle wypadło Gideoniwi. Oczywiście nachodziły mnie coraz gorsze scenariusze i odetchnęłam z niemałą ulgą, kiedy jakieś pół godziny później zmaterializował się przede mną. Zerwałam się z kanapy i podeszłam do niego.
- Dlaczego nie napisałeś mi, że nie możesz przyje...? - urwalam widząc bandaż na jego dłoni i opatrunek na czole. - Co się stało?
- Nic, Gwen, to naprawdę nic poważnego...
- Co się stało? - drążyłam.
Westchnął.
- Miałem lekką stłuczkę, to wszystko...
- Co miałeś?!
- Jechałem po ciebie, zamyśliłem się i nie zauważyłem, ze jakiś idiota wyjeżdża zza zakrętu. On rozmawiał przez telefon i tez mnie nie zauważył no i stuknęliśmy się, nic strasznego.
- Czy ja cię nie prosiłam, żebyś patrzył na drogę, kiedy prowadzisz?! - przez kolejne kilka minut usiłowałam wytłumaczyć mu, ze jest idiotą, a on potulnie spuścił oczy i zaprotestował dopiero, kiedy po raz trzeci wysunęłam ten sam argument.
- Gwen, proszę cię, daj już spokój, nic się nie stało, mam tylko guza i zwichnięty nadgarstek, wszystko jest w porządku, naprawdę. Czy mozemy się po prostu położyć? Doctor White kazał mi się przespać i tym razem mam ochotę zastosować się do jego zaleceń. 
Pokiwałam głową i oboje położyliśmy się na zielonej sofie. Gideon przytulił się do moich pleców, a ja pogłaskałam jego zabandażowaną rękę. 
- Przepraszam. - powiedziałam cicho, całując dłoń. - Po prostu się martwię.
- Wiem, Gwenny. - przyciągnął mnie mocniej do siebie. - Chyba za dużo się ostatnio dzieje...
- A już myślałam, że się uspokoiło...
- Ja teeeeeż... - ostatni wyraz przeciągnął, ziewając.
- Śpij już. - powiedziałam. - Mam ustawiony budzik na pięć minut przed przeskokiem.
- Mhy-mhy... - mruknął potakująco i wtulił twarz w moje włosy. 

sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział 14

 Kochani,
wiem, że straaasznie długo nie pojawiał się ten rozdział, ale czasu nie miałam pod dostatkiem, a wena jak na złość szła w stronę drugiego opowiadania. Mam nadzieję, że nie pouciekali stąd wszyscy i jeszcze ktoś tu jest.
Ja nie jestem specjalnie z tego rozdziału zadowolona, ale powiem Wam, że musiał on być taki troszkę nudny, żeby wprowadzić Was do kolejnego, który mam nadzieję uda mi się napisać znacznie szybciej :)
Cassandra

Gwendolyn

Jakiś czas później razem z Gideonem odwieźliśmy Leslie do domu, tak jak powiedziałam jej mamie. Nie chciałam jej teraz zostawiać, ale musieliśmy poddać się elapsji, a ona stwierdziła, że da sobie radę. Nie chciała jeszcze mówić rodzicom, nie była gotowa, w końcu dopiero co sama się dowiedziała. Pojechaliśmy do Loży w Temple i po powiadomieniu pana George'a, że idziemy na dół poszliśmy do piwnicy zbyt zajęci swoimi myślami, żeby bać się spotkania z Falkiem, do którego, dzięki Bogu, nie doszło. Przenieśliśmy się do 1956 roku i usiedliśmy na zielonej sofie. Oparłam się plecami o pierś Gideona i zamknęłam oczy, a on mnie objął, mocno przyciągając do siebie. Oparł brodę na mojej głowie.
- Co teraz będzie? - zapytała po chwili milczenia.
- Nie mam pojęcia, Gwenny. - westchnął. - Wszystko zależy od nich. Nie wiem, co będą chcieli zrobić.
- Leslie nie usunie dziecka - powiedziałam stanowczo. - Kiedy siedziałyśmy w łazience i czekałyśmy na... wyniki właśnie to mi powiedziała. Nie zależnie od tego, co wyjdzie nigdy nie usunie dziecka. Mimo to boi się powiedzieć rodzicom. Są naprawdę mili i w ogóle, jak do niej przychodzę są super, szczególnie jej tata, a ona ma z nimi całkiem dobry kontakt, ale jej mama ma swoje zasady, których trzyma się praktycznie niezależnie od sytuacji. Kiedyś stwierdziła, że nie będzie mieszkać z kotem w domu, a Les naprawdę bardzo chciała go mieć. Pomyśleli z tatą, że jeśli kupią go po kryjomu i przyniosą do domu, to mama nie będzie mogła go wyrzucić. A ona spakowała trochę rzeczy, przeniosła się do hotelu i powiedziała, że nie wróci póki kot nie zniknie. Przez kilka dni próbowali z nią walczyć, ale w końcu się poddali i oddali kota. W ramach rekompensaty tata kupił psa, po ustaleniu z mamą, czy to jej nie przeszkadza. Jej mama ma straszną obsesję na punkcie nastolatek w ciąży. Za każdym razem, kiedy taką widzi głośno, tak żeby usłyszała, mówi co myśli o takich dziewczynach, albo w najlepszym wypadku krzywi się i prycha. Nie wiem, jak zareaguje przy Leslie... - teraz to ja westchnęłam.
- Wiesz, że Raphael i ja zawsze jej pomożemy, prawda? Gdyby tobie albo komukolwiek od ciebie coś się stało to też. - przyciągnął mnie do siebie jeszcze bliżej, jeśli to w ogóle możliwe, i pocałował mnie w czoło. - Mimo wszystko będzie ciężko. Co ze szkołą? - zapytał po chwili.
- Nie wiem... Jest maj, to dopiero pierwszy miesiąc, więc pewnie skończy ten rok szkolny bez problemu. Po wakacjach będzie już widać, nie wiem jak zareagują w szkole, dyrektor jej nie lubi, a ja nie mam pojęcia, czy w u nas jest jakiś przepis na tego typu sytuacje... Nie wiem, czy wróci, może będzie wolała uczyć się w domu, nie wiem, naprawdę nie wiem.
- Będzie dobrze. - powiedział cicho. - Wszyscy jej pomożemy, damy radę. 
- Mam nadzieję. 
Do końca elapsji niewiele rozmawialiśmy, siedzieliśmy przytuleni do siebie i pochłonięci własnymi myślami, które mimo wszystko krążyły wokół jednego tematu.

***
Gideon

Po elapsji odwiozłem Gwen do domu i wróciłem do siebie. Raphael siedział przy stole w kuchni patrząc się tępo w ścianę. Podszedłem do niego i położyłem mu rękę na plecach. Nie zauważył, że już wróciłem i podskoczył zaskoczony. Usiadłem na krześle obok.
- Co mam zrobić? - zapytał po chwili.
- Pomóc jej, tak jak tylko możesz, wspierać ją, być z nią... My z Gwen zrobimy, co możemy, ale to od ciebie zależy najwięcej.
- Boże, dlaczego? W szkole będzie masakra, nikt nie może się o tym dowiedzieć, przynajmniej na razie, oni ją przecież zniszczą! Najgorsze jest to, że ona będzie musiała to wszystko znieść. Całą ciążę, spojrzenia innych ludzi, reakcję rodziców... Oczywiście będę wtedy przy niej, ale to przecież zupełnie co innego! - powoli podnosił głos, a ostatnie zdanie wykrzyczał i zaraz oparł czoło o blat stołu. Zrobił kilka głębokich wdechów. - Wy... To znaczy ty i Gwen... Wy naprawdę jeszcze nie...?
- Nie. Powiedziałem ci już, chcę poczekać aż będzie gotowa, nie chcę żeby później żałowała. - odpowiedziałem zanim zdążyłem ugryźć się w język. Mogłem to jakoś inaczej sformułować. - Przepraszam. - dodałem, kiedy spojrzał na mnie z wyrzutem. - Nie oskarżam cię, w końcu nie zrobiłeś tego bez jej zgody. 
Pokiwał głową, a potem znowu oparł ją na blacie.
- Spałeś u Gwen, Leslie przyszła tutaj, ale powiedziała rodzicom, że wszyscy do niej idziemy i później zadzwoniła, że zostanie na noc. Została tu. Położyliśmy się, trochę się całowaliśmy i jakoś samo tak wyszło. Jakiś czas wcześniej rozmawialiśmy o tym i... doszliśmy do wniosku, że kiedy wyjdzie to wyjdzie, nie będziemy nic planować. A potem...
Spojrzałem na zegarek. Była dopiero siódma, ale Raphael wyglądał na naprawdę wykończonego. W sumie czemu się dziwić?
- Idź się połóż - powiedziałem. - Chyba trochę za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
Pokiwał głową nie patrząc na mnie, a później wstał od stołu i ruszył do drzwi. W ostatniej chwili odwrócił się i na mnie spojrzał.
- Dzięki - powiedział cicho i wyszedł.

***
Tydzień później...

Gwendolyn

 - Gwen! - usłyszałam krzyk dochodzący zza drzwi mojego pokoju. 
Siedziałyśmy z Leslie na łóżku i zastanawiałyśmy się nad tym, jak powiedzieć jej rodzicom o ciąży, żeby w miarę dobrze to przyjęli. Ona powoli traciła już na to nadzieję, ale nie mogłyśmy się poddać.
- Tak?! - odkrzyknęłam mojej mamie, która w tym samym momencie weszła do pokoju.
- Leslie zostaje u nas na kolację? 
Spojrzałam na moją przyjaciółkę.
- Tak, zostaje na noc.
- To za dziesięć minut na dole. Tylko uważajcie, bo dzisiaj gotowała Glenda. - mrugnęła do nas i wyszła z pokoju.
- Gwen, twoja mama! - krzyknęła Leslie.
- Przed chwilą wyszła... - spojrzałam na nią dziwnie. - Przecież wiem.
- Nie o to mi chodzi. Może ona mogłaby mi pomóc przy mówieniu rodzicom! W końcu raz już była w takiej sytuacji, pomogła Lucy i Paulowi...
- Tak, a później się mną zajęła i mnie wychowała...
- Ale może po prostu mogłaby ich jakoś przygotować, albo powiedzieć mi jak im to przekazać.
- Możemy z nią pogadać... - powiedziałam. - Ale wiesz, że nie będzie łatwo jej powiedzieć, prawda?
- Na pewno łatwiej niż mojej mamie. - westchnęła. - Jak myślisz, kiedy możemy z nią porozmawiać?
- Nawet dzisiaj po kolacji. Mogłybyśmy poczekać, aż Nick i Caroline pójdą spać.
Pokiwała głową.
- Chyba najlepiej będzie zrobić to jak najszybciej... Prawda?
- Tak, Les... Będzie najlepiej.

***

Było już po jedenastej, kiedy zapukałam do drzwi sypialni mojej mamy. Jutro jest szkoła, więc moje rodzeństwo, chcąc nie chcąc, wylądowało już w swoich łóżkach. My też już się wykąpałyśmy i przebrałyśmy w pidżamy, żeby nie wzbudzić u nich podejrzeń.
- Proszę. - usłyszałyśmy głos mamy. 
Weszłyśmy.
- O co chodzi, dziewczynki? - zapytała patrząc w lustro swojej toaletki, przy której siedziała i nakładała na twarz krem.
- Chciałyśmy... - zaczęła Leslie.
- Z tobą porozmawiać. - dokończyłam.
Mama uniosła brwi zdziwiona i odwróciła się do nas.
- Siadajcie. - wskazała dłonią na łóżko.
Obie usiadłyśmy na nim po turecku, a ona przyglądała nam się badawczo.
- Tak myślałam, że coś się stało. Byłyście dziwnie ciche przy kolacji i w ogóle przez ostatnie dni. O co chodzi?
- Pani Sheperd...
- Ile razy prosiłam cię, Leslie, żebyś mówiła mi po imieniu?
- Grace - poprawiła się. - chodzi o to, że... mamy problem.
- Co się stało? - zmarszczyła brwi nie bardzo rozumiejąc o czym ona mówi.
- Mamo, jak zareagowałaś, kiedy Lucy powiedziała ci, że jest w ciąży? - zapytałam.
- Byłam trochę zszokowana, ale wiedziałam, że muszę im pomóc... Gwen, czy ty...? - spojrzała na mnie z szokiem i zmartwieniem.
- Nie, mamo...
- Ja... - powiedziała Leslie cicho, a moja mama spojrzała na nią wielkimi oczami.
Przez chwilę siedziałyśmy w strasznie krępującej ciszy, a później mama podeszła do łóżka, usiadła na nim i przytuliła Les.
- Och, Leslie... - westchnęła cicho i jeszcze mocniej ją przytuliła, a ona zaczęła płakać.
Dołączyłam do nich i siedziałyśmy objęte we trzy przez kolejne kilka, a może kilkanaście, minut. W końcu mama odsunęła się i spojrzała mojej przyjaciółce w oczy.
-Czy twoi rodzice wiedzą? - zapytała, na co Les pokręciła głową. - Wiesz, że musisz im powiedzieć, prawda?
- Wiem. - powiedziała i pociągnęła nosem. - Ale nie wiem jak. Wiesz jaka moja mama jest pod względem nastolatek w ciąży. Nie mam pojęcia, co powinnam zrobić...
- To Raphael, tak?
- Tak.
- Powiedziałaś mu?
- Tak, on wie. Tak jak Gideon. Dowiedziałam się u nich, jak wróciliśmy z Paryża.
- I na pewno nie zamierza cię z tym wszystkim zostawić, tak? - Leslie pokiwała głową. - Dobrze. - westchnęła. - Skarbie, ja nie mogę powiedzieć o tym twoim rodzicom, ty musisz to zrobić, ale gdyby były jakieś... problemy, to mogę z nimi porozmawiać. -mama posłała jej lekki uśmiech.
- Dziękuję, pani... Znaczy, Grace. - odwzajemniła gest.
- Czy myślałaś już o tym... co będzie później? Rozumiem, że nie chcesz go usunąć...
- Nie. - powiedziała stanowczo. - Na pewno nie. Ale jeszcze nie wiem, co dalej. Musimy... nad tym pomyśleć.
- Rozumiem.
- Czy teraz nadszedł czas na wykład? -zapytałam ostrożnie.
- Wydaje mi się, że już trochę za późno... - powiedziała Leslie uśmiechając się krzywo.
- Ograniczę się do przypomnienia ci, Gwen, że zabezpieczenie jest najważniejsze.
- Chociaż nie zawsze działa... - wtrąciła Les.
- Dlatego musi być z dwóch stron. - dodała mama. - I dlatego umówię cię do lekarza, który przepisze ci w razie czego tabletki antykoncepcyjne. - chciałam się wtrącić, ale mama uniosła ostrzegawczo palec. - Wolałabym, żebyście jeszcze tego nie robili, ale lepiej dmuchać na zimne.
- No dobra. - przytaknęłam.
- Kiedy chcesz powiedzieć rodzicom, Leslie?
- Najlepiej nigdy... Ale chyba muszę to zrobić jak najszybciej. - skrzywiła się.
- To na pewno. Myślę, że powinnaś porozmawiać z nimi jutro.


***

 - Jak Raphael? - zapytałam podbiegając do Gideona, który stał oparty o swój samochód, stojący pod szkołą i pocałowałam go szybko w usta. 
- Rzygał w nocy - powiedziałem mu, że może zostać w domu. - westchnął. - Myślę, że to z nerwów przed tym, no wiesz, przed rozmową z rodzicami Leslie. 
- Pewnie tak. - stwierdziłam, a on otworzył mi drzwi do auta. - Les też dzisiaj rzygała, ale raczej przeważały inne powody. - uśmiechnął się krzywo i pokiwał głową, a później wsiadł ze swojej strony. - Wczoraj jak powiedziałyśmy o tym mojej mamie - Leslie zadzwoniła z tymi nowościami do Raphaela i on przekazał je Gideonowi. - stwierdziła, że zabierze mnie do lekarza, który przepisze mi tabletki antykoncepcyjne. "Na wszelki wypadek". - parsknął cichym śmiechem. 
- Rozumiem, że mamy się uczyć na błędach innych, tak? 
- Najwyraźniej. - posłałam mu lekki uśmiech. 
- Kiedy mają z nimi rozmawiać? - zapytał.
- Wieczorem. Pomyślałam, że po elapsji moglibyśmy iść do mnie, bo później w razie czego mieliby bliżej, żeby przyjść. 
- Jasne. - zgodził się. - Możemy dzisiaj nie iść do twojego dziadka? W nocy prawie nie spałem przez to z Raphaelem i jestem wykończony, a miałem jeszcze kilka godzin wykładów... Czuję się prawie, jakbym miał dziecko. - parsknęłam śmiechem.
- My też nie dużo spałyśmy z Les i dałabym wszystko, żeby się położyć pod kocem.
- No to ja załatwię jakiś koc i może nawet poduszkę, a ty pójdziesz oczarować pana Marley'a, żeby wysłał nas do jakiegoś spokojnego dnia. 

***

Po elapsji, którą prawie w całości przespaliśmy przytuleni do siebie na zielonej sofie, pojechaliśmy do mnie do domu i po przemyceniu części kolacji (przy pomocy pana Bernharda), kilku koców i poduszek, wymknęliśmy się na dach. Po zjedzeniu położyliśmy się wygodnie obok siebie i patrzyliśmy w bezchmurne niebo, które powoli ciemniało. Gideon obejmował mnie ramieniem i głaskał po włosach, a ja położyłam głowę i rękę na jego piersi. 
- Wiesz... - zaczęłam. - Kiedy przyszliśmy tu po raz pierwszy, kiedy zamykaliśmy krąg w chronografie, wyobrażałam sobie, że kiedyś moglibyśmy postawić tu mnóstwo świec i poduszek, zjedlibyśmy kolację, a później zagrałbyś na skrzypcach... - nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiecha. 
- Kiedyś tak zrobimy. - powiedział i pocałował mnie w czubek głowy. 
Odwróciłam się i uniosłam na łokciach, żeby na niego spojrzeć.
- Obiecujesz? - zapytałam, przysuwając się do niego.
- Obiecuję. - szepnął i pocałował mnie.
Kompletnie się w tym zatraciliśmy. Gideon przyciągnął mnie do siebie tak, że na nim leżałam, a ja wplotłam palce w jego włosy. Po chwili poczułam jak jego ciepłe dłonie wsuwają się delikatnie pod moją bluzkę i wywołało to u mnie lekki, przyjemny dreszcz. Gładziłam dłońmi jego kark i ramiona i jestem pewna, że nie powstrzymalibyśmy się przed czymś więcej, gdyby nie dzwonek mojego telefonu. Romantyczny nastrój zniknął.
- To pewnie Leslie. - szepnęłam.
Gideon kiwnął głową i podał mi komórkę. Odebrałam.
- Gwen... - zaczęła moja najlepsza przyjaciółka zanim zdążyłam się odezwać. Już po jej głosie wiedziałam, że płacze.

niedziela, 14 września 2014

Rozdział 13

Kochani,
wiem, że rozdział miał być jeszcze w wakacje, ale sprawy się pokomplikowały i najpierw w trakcie wyjazdu nie dałam rady tego skończyć, potem po powrocie było urwanie głowy ze względu na zbliżający się rok szkolny, a potem sama szkoła. W pewnym momencie miałam nawet prawie całkiem napisany rozdział, ale pojawiły się u mnie problemy z kolanem-jestem teraz kilka dni po operacji i jak miałam wreszcie znowu czas na skończenie rozdziału, to wpadł mi nowy pomysł do głowy i zaczęłam pisać praktycznie od nowa.
Notka jest całkiem długa i jestem z niej nawet zadowolona :)
Mam nadzieję, że ktoś jeszcze tu jest i że Wam się spodoba :)
Cassandra :*

Gwendolyn
Następnego dnia umówiliśmy się z Madame Rossini o dwunastej trzydzieści w kawiarni, ponieważ woleliśmy się nie narażać teraz Falkowi bardziej, niż to konieczne i nie spotkać go na korytarzu w Loży.
-Słyszałam o waszej wycieczce à ma belle ville de Paris, łabędzia szyjko.-powiedziała na wstępie całując mnie w oba policzki i kiwając Gideonowi głową.-Mogliście mi powiedzieć! Mogłam was, no, jak to się mówi... Kryć!
-Madame Rossini, ja się dowiedziałam dopiero jak mnie wywiózł na lotnisko. Gideon mógł to z panią ustalić, ja naprawdę nie miałam o niczym pojęcia.
-Ty, głupi chłopak!-zrugała go, a Gideon sprawiał wrażenie jakby niedługo miał zacząć się jej bać tak samo jak Falk.-Mogliście tam siedzieć nawet teraz! Wymyśliłabym coś!-kiedy się denerwowała jej akcent stawał się jeszcze wyraźniejszy.-Imbecile!
-Madame Rossini, ja naprawdę nie pomyślałem...
-Zazwyczaj właśni z tego biorą si problemi!-stwierdziła, z wrażenia "zjadając" niektóre ostatnie litery lub je zmieniając.
Pokręciła głową i usiadła na fotelu.
-No, ale w sumie jest pan mężczyzną, a oni często robią różne głupie rzeczy... Tym razem chyba dam już temu spokój, bo i tak nic już nie da się zrobić.-westchnęła, a Gideon uśmiechnął się do niej niepewnie.-Czemu chcieliście się ze mną spotkać, łabędzia szyjko? I dlaczego akurat tutaj?
-Falk chyba dalej jest na nas wściekły właśnie o ten Paryż i nie chcieliśmy natknąć się na niego w Loży.-wyjaśniłam, a Madame Rossini skinęła głową uśmiechając się do mnie ze zrozumieniem.-A pomyśleliśmy...że może udałoby się nas wcisnąć na jakiś bal?-teraz jej uśmiech rozjaśnił całą twarz. Już była w swoim żywiole.-Zależało nam na tym, żeby najpierw zapytać o to panią, bo ze względu na ostatnie wydarzenia...
-Nic nie mów, łabędzia szyjko! Wszystko będzie załatwione. Porozmawiam z panem George'em i panem deVilliers, a jak się nie zgodzą, to przecież nie muszą o wszystkim wiedzieć, prawda? Oh! Chyba już wiem, w co się ubierzecie! Tak, czerwień, zdecydowanie czerwień!
Uśmiechnęłam się triumfalnie do Gideona, a on pokręcił z niedowierzaniem głową.

***

-I jak było?-zapytała Leslie, kiedy wróciliśmy do domu.
-Tak jak myślałam, wszystko poszło gładko.-uśmiechnęłam się i usiadłam obok niej na kanapie.-Musi popatrzeć tylko, kiedy nas wysłać.
-Zazdroszczę wam...-jęknęła.-Też bym tak chciała.
-Raz na jakiś czas to może jest fajne, ale codzienna elapsja jest dosyć uciążliwa na dłuższą metę.-stwierdził Gideon i siadając.-Gdzie Raphael?
-Wysłałam go do sklepu.
-Po co?-zapytałam-Przecież robiliśmy wczoraj zakupy.
-Ale nie kupiliśmy ogórków kiszonych.
-Po co ci ogórki kiszone?
-Nigdy nie miałaś ochoty na ogórka kiszonego?
-Nie...
-No cóż, ja właśnie mam.
Spojrzałam na nią podejrzliwie.
-Leslie, ty nie lubisz ogórków kiszonych.
Gideon wstał lekko zmieszany. 
-Pójdę zrobić herbatę.-powiedział i wyszedł.
-Nie lubię?-zapytała Les nie zwracając na niego uwagi.
-Nie. Zawsze odkładasz je na bok. Wygrzebujesz je nawet z sałatki jarzynowej.
-Naprawdę?
-Od zawsze.-pokiwałam głową.
-Cholera.-zerwała się z kanapy i zasłaniając usta dłonią pobiegła do łazienki.
Ruszyłam za nią i przez otwarte drzwi zobaczyłam jak klęczy przy sedesie. Weszłam do środka i zamknęłam drzwi. Kucnęłam obok niej i czekałam aż skończy głaszcząc ją po plecach. Spuściła wodę i zamknęła klapę, żeby usiąść. Odgarnęłam jej włosy z twarzy i w nalałam do kubka do mycia zębów trochę wody, żeby przepłukała usta. Kiedy to zrobiła ponownie przed nią kucnęłam. 
-Leslie... Czy ty i Raphael...?
Spuściła głowę i łzy pociekły jej po policzkach.
-Och, Leslie...-złapałam ją za ręce, a ona zsunęła się na podłogę obok mnie i zaczęła płakać.
Przytuliłam ją i głaskałam ją uspokajająco po plecach.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?-zapytałam cicho.
Pociągnęła nosem i uniosła głowę, żeby na mnie spojrzeć.
-Nie wiem.-westchnęła.-Chyba dlatego, że... Pamiętasz jak kiedyś o tym rozmawiałyśmy?
Pamiętam. Przywołałam w myślach tę rozmowę:

-Wyobraź sobie Gordona!-zaśmiała się Leslie i opadła na łóżko obok mnie
-Nie każ mi tego robić!-zawtórowałam jej.
Przez chwilę leżałyśmy patrząc na sufit w pokoju Les. Kiedy miałyśmy dwanaście lat wspólnie wykleiłyśmy go naszymi zdjęciami. Znaczy, zaczęłyśmy. Na początku był to tylko jeden róg, a z czasem zapełniłyśmy go już w ponad połowie. Nagle Leslie odwróciła się w moją stronę i podparła głowę ręką.
-A wy?-zapytała.
-Co, my?
-Ty i Gideon.-wyjaśniła.-Robiliście to już?
Zaśmiałam się, mogłam się spodziewać tego pytania.
-Nie.-pokręciłam głową.-Kilka razy było blisko, ale nie. Zawsze powraca wtedy na chwilę odpowiedzialny Gideon i przerywa mówiąc, że chce być pewny, że będę gotowa.-tak samo jak ona przewróciłam się na bok i spojrzałam na nią.-A wy?
-Nie, jeszcze nie.-odwróciła się na plecy i znowu spojrzała na sufit. 
-Myślisz, że on ma to już za sobą?
-Proszę cię! Pół życia spędził we Francji, musiał już to zrobić.
-Rozmawialiście o tym?
-Nie... Chyba... Boi się, że to za wcześnie żeby poruszyć ten temat.
-Powinniście sobie to wyjaśnić.
-Nie lubi rozmawiać o tym, co robił we Francji. Przecież wiesz, co Gideon o nim mówił. Tylko się bawił i pakował w kłopoty. Myślę, że po prostu chciał zwrócić na siebie uwagę. Teraz jest inny. I chyba nie chce wracać do tego, co się tam działo.

Ta rozmowa miała miejsce jakieś trzy tygodnie temu. Pokiwałam głową.
-Kiedy...?
-Kilka dni przed Paryżem. 
-Przecież mogłaś mi powiedzieć.
-Bałam się, że... będziesz mnie osądzać. Z Raphaelem znamy się jeszcze krócej niż ty z Gideonem i jakoś po prostu.... nie wiem.
-Słoneczko, nigdy bym cię nie osądzała.-przytuliłam ją mocniej.-Czy wy się nie...?
-Tak. Ale chyba to nie wystarczyło...
-Poczekasz tu na mnie?-zapytałam wstając.
-Gdzie idziesz?
-Do apteki. Musimy się upewnić.
-Ale...
-Leslie, może to jakiś cholerny zbieg okoliczności. Może nagle polubiłaś ogórki kiszone?-próbowała się uśmiechnąć, ale kiepsko jej to wyszło.
Wyszłam z łazienki zamykając za sobą drzwi i zostawiając Leslie samą. Kiedy odwróciłam się przodem do korytarza wpadłam na Gideona. Złapał mnie.
-Co się stało, Gwen?-zapytał zatroskany.-Właśnie miałem tam pukać. Wybiegłyście tak nagle, potem was tyle nie było...
-Gdzie jest najbliższa apteka?-wypaliłam.
-Co?-zmarszczył brwi nie bardzo rozumiejąc.
-Gdzie jest najbliższa apteka?-powtórzyłam pytanie patrząc mu w oczy.
-W prawo, do końca ulicy i w lewo, za rogiem. Co się stało?
-Później ci wyjaśnię.-wyminęłam go i podbiegłam do przedpokoju, zatrzymując się, żeby wziąć kurtkę. 
W tym czasie Gideon zdążył stanąć przy drzwiach uniemożliwiając mi wyjście. Spojrzał na mnie wyczekująco.
-Gwen...?
Westchnęłam. 
-Mamy... Pewien problem. 
-Jaki problem?-musnął dłonią mój policzek.-Co się stało?
-Musimy coś sprawdzić. Razem z Leslie. Nie idź na razie do łazienki. I jak Raphael wróci, niech też tam nie idzie. 
-Gwenny...
-Proszę. Później wszystko ci wyjaśnię, ale teraz musisz mi zaufać i po prostu mnie puścić.-spojrzał na mnie nie przekonany.-Proszę.
Westchnął, ale odsunął się od drzwi. Wybiegłam z domu i pognałam do apteki. Kiedy już tam dotarłam okazało się, że jak zwykle jest ogromny tłok, więc zanim znalazłam to, czego szukałam i dotarłam na początek kolejki minęło dobre dwadzieścia minut. Podałam pięć różnych testów ciążowych sprzedawczyni w podeszłym wieku, a ona spojrzała na mnie krytycznie. Dopiero kiedy spiorunowałam ją wzrokiem i wysyczałam przez zaciśnięte zęby, żeby się pośpieszyła zajęła się swoją pracą. Nie czekając na rachunek wypadłam z apteki i ruszyłam w stronę domu Gideona. Nie zdążyłam przebiec dziesięciu metrów, kiedy na kogoś wpadłam. Przewróciłam się tak jak osoba, na którą wpadłam, a zakupy wysypały mi się z siatki. 
-Boże, przepraszam.-powiedziałam szybko zbierając testy.-Nie patrzyłam gdzie idę...
-Gwendolyn?-usłyszałam znajomy głos i zamarłam z ręką w połowie drogi do siatki. Uniosłam głowę.
-Pani Hay?-zapytałam z przerażeniem.-Co pani tu robi?
-Pracuję niedaleko. Właśnie szłam do sklepu po coś na lunch. Ale co ty tu robisz? Nie wiedziałam, że wróciliście już z Paryża.
-Yyy... Tak, wróciliśmy. Dosłownie przed chwilą. 
-Dlaczego Leslie do mnie nie zadzwoniła? 
-Padła jej komórka.-pierwsze, co przyszło mi na myśl.
-Jest już w domu?
-Yyy... nie... Podjechaliśmy najpierw tutaj, do Gideona i Raphaela, bo... Zapomniałam, że zostawiłam tu kiedyś...-szukałam wzrokiem czegoś, co mogłam zostawić.-Kurtkę!
-Kurtkę?-zapytała podejrzliwie.
-Tak. Kurtkę. No wie pani, po powrocie z Francji uderzyła nas różnica temperatury i... no, było mi zimno. Zgodzili się zatrzymać tym bardziej, że Raphael straszliwie narzekał, że chce iść do łazienki, a nienawidzi tych w samolotach i na lotnisku.-przez chwilę mama Leslie nic nie mówiła tylko patrzyła na moją rękę.-Pani Hay?-podążyłam za jej wzrokiem... Jasna cholera!
-Gwendolyn...-zaczęła, a ja szybko wrzuciłam opakowania z testami do siatki i wstałam wyciągając rękę, żeby jej pomóc, ale jej nie przyjęła.
-Nie, nie, pani Hay, to nie dla mnie.-natychmiast zaprzeczyłam niewypowiedzianemu pytaniu.-Naprawdę.
-W takim razie dla kogo?-zapytała patrząc na mnie nieufnie.
No, dla kogo, kretynko, dla kogo, Gwendolyn?!
-Dla Charlotty.-wypaliłam nie myśląc o konsekwencjach.
-Dla Charlotty?-pani Hay uniosła brwi z niedowierzaniem.
-Tak... Dla Charlotty... Wie pani, może i się kłócimy i na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że za sobą nie przepadamy, ale w kryzysowych sytuacjach-i już wiedziałam, że zaczął się słowotok.-naprawdę jesteśmy sobie bliskie. Na przykład kiedy rozstałam się z chłopakiem, a Leslie była za granicą, pierwszą osobą, do której poszłam była właśnie Charlotta.-Boże, nie karaj mnie za te wszystkie kłamstwa!-I przed chwilą właśnie do mnie zadzwoniła, cała zapłakana, że popełniła błąd i jest przerażona i że muszę jej pomóc i że ciotka Glenda ją zabije.-zaczerpnęłam powietrza.-Więc powiedziałam, że jestem jeszcze tutaj, ale zaraz pobiegnę do apteki i poprosiłam, żeby na mnie chwilę zaczekali, ale oczywiście była tam ogromna kolejka i dlatego teraz biegłam i dlatego panią stratowałam, pani Hay. Za moment Gideon odwiezie nas do domów, słowo.
-No... Dobrze.-powiedziała wciąż nie do końca przekonana. Ale co się dziwić? Przecież sama bym sobie nie uwierzyła!
-Tylko proszę na razie nie mówić mojej mamie, ani mamie Charlotty. Mamy nadzieję, że to jednak nie to.
-Jedźcie do domu.-powiedziała kiwając głową i krzywiąc się nieznacznie.
-Jasne, tak, do domu! Oczywiście! Do widzenia!-zawołałam i pobiegłam do domu Gideona.

***

Wpadłam do domu i ignorując wołanie Gideona pognałam do łazienki. Zapukałam, a Leslie, która w czasie kiedy mnie nie było zdążyła trochę doprowadzić się do porządku, otworzyła mi prawie w tym samym momencie.
Podałam jej siatkę i karton soku pomarańczowego, który kupiłam jeszcze w sklepie po drodze. 
-Wzięłam różne. Pij.-posłusznie wzięła napój i odkręciła zakrętkę, a siatkę położyła na podłodze obok sedesu. Odczekałam, aż się napije i odstawi karton i powiedziałam.-Wpadłam na twoją mamę. 
-Co?!-pisnęła z przerażeniem w oczach.-Czy ona widziała...?
-Niestety.-Leslie jęknęła i osunęła się na podłogę.-Ale spokojnie, nie wie, że to dla ciebie. 
-A dla kogo?-zapytała znowu ze łzami w oczach.-Dla ciebie? 
-Dla Charlotty.-wyjaśniłam, a ona spojrzała na mnie wielkimi oczami.
-Dla Charlotty?!
-Owszem, dla Charlotty.-uśmiechnęłam się, kiedy moja przyjaciółka mimo wszystko wybuchnęła śmiechem.
-Dla Charlotty? Serio, nawet mój pies by ci nie uwierzył.-powiedziała kiedy już się opanowała.
-No, a co miałam powiedzieć? Że dla Nicka?-uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała, bo przypomniała sobie o tym, że nadal mówimy o jej sytuacji.
-Dobra, chcę mieć to już za sobą.-wzięła jeden z testów i wyjęła go z pudełka.

***
Gideon

-Gdzie dziewczyny?-zapytał Raphael wchodząc do kuchni chwilę po tym jak Gwen wróciła, czy raczej wpadła, do domu.
-W łazience.-powiedziałem.-Miałeś iść tylko do sklepu, a nie było cię już jak wróciliśmy prawie godzinę temu, gdzie ty do cholery byłeś?
-Myślisz, że tak łatwo znaleźć ogórki kiszone? Jak na złość nie było ich w tym sklepie obok, więc zacząłem szukać innego, a tam była kolejka no i mi zeszło. Co taki nerwowy?
-Chwilę po tym jak wróciliśmy Gwen i Leslie poleciały razem do łazienki. Jakieś piętnaście minut później Gwendolyn wypadła stamtąd z pytaniem gdzie jest najbliższa apteka i nie chciała mi wyjaśnić, o co chodzi. Powiedziała tylko "mamy pewien problem" i "musimy coś sprawdzić". Wróciła mniej więcej pięć minut temu i kompletnie mnie ignorując znowu pobiegła do łazienki, skąd przez cały czas kiedy jej nie było, Leslie nie wyszła nawet na chwilę, mimo że pukałem, żeby zapytać, czy wszystko w porządku.
Raphael patrzył na mnie nic nie rozumiejąc.
-To są dziewczyny, żaden facet ich nie rozumie.-stwierdził w końcu.
-Widziałeś kiedyś, wcześniej, Leslie jedzącą ogórki kiszone?
Zastanawiał się przez chwilę.
-Nie.-odpowiedział.-Ale nie widziałem jeszcze jak je dużo różnych rzeczy. O co ci chodzi?
-Kiedy Leslie powiedziała, że wysłała cię po ogórki Gwen zauważyła, że ona nigdy wcześniej ich nie lubiła...
-Do czego zmierzasz?-zmarszczył brwi dalej nie rozumiejąc.
-Biegniesz nagle do łazienki kiedy cię...
-Ciśnie?-przerwał mi wciąż nie wiedząc o co mi chodzi.
-Mdli.-dokończyłem patrząc na niego zrezygnowany.-Kiedy komuś zmieniają się upodobania żywieniowe i go mdli jak myślisz, co to może być?-patrzył na mnie jakbym co najmniej mówił po chińsku.-Boże, jak ty zdałeś z biologii...?
-Przez cały rok ładnie uśmiechałem się do pani...
-Dobra, poddaję się. Wolisz prosto z mostu?-pokiwał głową patrząc na mnie wyczekująco.-Czy ty i Leslie spaliście ze sobą?
Spojrzał na mnie zaskoczony pytaniem, ale zaraz trybiki zaskoczyły i zrozumiał, o co mi wcześniej chodziło. Dostrzegłem strach w jego oczach.
-O kurwa.-jedyne co był w stanie wykrztusić.
Pokiwałem głową.
-Czy tobie naprawdę nie przyszło do głowy, idioto, że istnieje coś takiego jak zabezpieczenie?!
-Nie jestem taki głupi, użyliśmy go. Musiało pęknąć... Nigdy wcześniej się tak nie stało...
-Robiliście to już więcej niż jeden raz?
-Nie. Chodziło mi o... wcześniej. We Francji.-ukrył twarz w dłoniach.-Boże, jestem idiotą. Co my teraz zrobimy...?
-Macie ledwo siedemnaście lat, nie mogliście jeszcze poczekać?
Jęknął.
-Rozmawialiśmy o tym i potem jakoś tak samo wyszło. Ale ty i Gwen...
-Jeszcze wciąż mamy to przed sobą.
Spojrzał na mnie zszokowany.
-Myślałem...-uniosłem brwi.-Myślałem, że wy już dawno...
-Nie. Chciałem poczekać, aż na pewno będzie gotowa.
Znowu ukrył twarz w dłoniach. Westchnąłem i wstałem. Podszedłem do szafki obok drzwi do dużego pokoju i wyjąłem stamtąd whiskey, a z innej szklankę. Nalałem trochę alkoholu i podałem Raphaelowi. Znowu spojrzał na mnie zaskoczony.
-Pij.-powiedziałem kiwając głową.
Wziął niepewnie naczynie i zaraz jednym haustem pochłonął całą zawartość. Dolałem mu jeszcze jedną porcję, a potem schowałem butelkę do szafki i jego szklankę do zmywarki. Dziewczyny nie muszą o tym wiedzieć. Wróciłem na swoje miejsce i przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu. Raphael dalej ze spuszczoną głową, a ja patrząc na niego. Będzie musiał się z tym zmierzyć. Nagle wydał mi się doroślejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Już nie widziałem w nim tego małego Raphaela, który w wieku czterech lat rozpłakał się, kiedy jadąc na rowerze rozjechał żabę i wyprawił jej później pogrzeb, w którym musiała brać udział cała rodzina. To nie był też chłopiec, który śpiewał tacie, kiedy był już zbyt chory, żeby mówić. Zniknął też zabawowy buntownik, który pojawił się po przeprowadzce do Francji. To był nowy Raphael. Nowy Raphael, który pojawił się po powrocie do Anglii. Wreszcie dorósł. Moje rozmyślania jak i ciszę przerwał szczęk zamka w drzwiach łazienki. Zerwaliśmy się na równe nogi, a do kuchni weszła najpierw Gwen, a za nią Leslie na trzęsących się nogach.
-Raphael...-powiedziała cicho cienkim głosem. 
Nie czekał, aż doda coś więcej. Podszedł do niej i przyciągnął ją do siebie, a ona zaczęła płakać i wtuliła się w niego jeszcze mocniej. Pocałował ją w czubek głowy i zaczął głaskać uspokajająco po plecach szepcząc jej do ucha, że wszystko będzie dobrze. Spojrzałem na Gwen wskazując głową na drzwi do salonu. Skinęła głową i ruszyliśmy do wyjścia. Objąłem ją w talii i posłałem lekki, pokrzepiający uśmiech. Kiedy już zamknęliśmy za sobą drzwi oparła głowę o moją klatkę piersiową, a ja ją objąłem.
-Teraz już nic nie będzie takie samo.-szepnęła i spojrzała na mnie.-Znowu.