niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 15 cz. 1

Kochani!
Nie chciałam tego robić, ale nie mam wyboru - wrzucam pół rozdziału. Mam nadzieję, że uda mi się napisać resztę jak najszybciej, ale nie mogę nic gwarantować ze względu na szkołę, czas, mój komputer (gniot się psuje) i moją kapryśną wenę. Publikuję to w takiej formie, ponieważ tak strasznie miło było mi czytać Wasze komentarze, że nie mogłam już dłużej zwlekać, szczególnie po poprzedniej ogromnej przerwie. Poza tym jeszcze jeden fakt miał na to wpływ - 10000 wyświetleń!!! Bardzo Wam dziękuję za nie wszystkie i cieszę się, że udało mi się do tylu dobić, bo właściwie nie wierzyłam, że to się może stać, głównie ze względu na (niestety) małą popularność Trylogii w Polsce (nie to, co Harry Potter ;)). W każdym razie, dziękuję Wam bardzo i mam nadzieję, że chociaż trochę spodoba Wam się ten fragment, który dzisiaj wrzucam :)
Pozdrawiam,
Cassandra

Ps. W większości było pisane na telefonie, więc jeśli wyłapiecie jakieś głupie błędy to piszcie! :) Są one bardzo możliwe ze względu na moją głupią autokorektę ;)


- Leslie? Co się stało? - zsunęłam się z Gideona i usiadłam, a on zrobił to samo, patrząc na mnie i marszcząc lekko brwi, jak zawsze, kiedy był zmartwiony. - Leslie? - moja przyjaciółka nie odpowiedziała, usłyszałam tylko cichy szloch.
- Gwen, będziemy u ciebie za pół godziny. - powiedział Raphael, który widocznie przejął telefon dziewczyny.
- Dobrze, ale co się stało? - dopytywałam się. - Dlaczego Les płacze?
- Opowiemy wam wszystko, jak przyjdziemy.
Westchnęłam.
- Będziemy na dachu.
Nic już nie odpowiedział, po prostu się rozłączył. Gideon spojrzał na mnie pytająco.
-Nie wiem, co się stało, ale Leslie płacze. Raphael musiał zabrać jej telefon, żeby powiedzieć, że będą za pół godziny. - on też westchnął. - To wszystko przez jej mamę! To na pewno ona, jej tata jest w porządku, pewnie się wkurzył, ale na pewno nie doprowadziłby jej do płaczu w takiej chwili. - wściekła wstałam i zaczęłam chodzić tam i z powrotem po dachu. - Ciekawe, co tak krowa zrobiła, ja jej pokażę! Jak ona, kurwa, mogła... - taki monolog ciągnął się jeszcze dobrych kilka minut. W zasadzie przerwał go dopiero fakt, że potknęłam się o jedną z poduszek i gdyby Gideon nie złapał mnie za rękę, to pewnie bym spadła.
- Siadaj, Gwen. - powiedział stanowczo i pociągnął mnie na podłogę, nie pozostawiając mi za bardzo wyboru.
- Nie chcę. - zaprotestowałam i próbowałam wstać, ale przytrzymał mnie mocno, zaciskając wokół mnie swoje silne ramiona. - Gideon, puść  mnie. - warknęłam. Musiałam się teraz wyżyć, chodzenie przynajmniej trochę ostudzało moją złość, a on nawet na to mi nie pozwalał! Najchętniej przyłożyłabym komuś w twarz. Z całej siły.
- Nie. - powiedział cicho i spokojnie, ale zacieśnił uścisk.
- Dlaczego?
- Bo jak tak dalej pójdzie to spadniesz.
- No i co z tego? Przecież i tak jestem nieśmiertelna, na coś mi się to musi przydać!
- Może i jesteś nieśmiertelna, ale to nie znaczy, że mam ochotę tłumaczyć to tym wszystkim przerażonym przechodniom, kiedy będę zeskrobywał cię z chodnika. - szepnął mi prosto do ucha, a ja wyraźnie czułam przyspieszone bicie jego serca tuż za moimi plecami. - Więc uspokój się, z łaski swojej, i siedź dopóki Leslie i Raphael nie przyjdą.
Prychnęłam zirytowana, ale zaraz zrozumiałam, że nie mam innego wyjścia i spróbowałam się opanować. Chwilę później poczułam, że Gideon rozluźnia trochę uścisk. Teraz wcale już nie próbował mnie unieruchomić - po prostu mnie przytulał. Oparł się plecami o jeden z kominów, a głowę nachylił tak, że jego usta znajdowały się tuż przy moim uchu.
- Wiem, że jesteś wściekła. - powiedział cicho. - Ja też jestem, ale skoro Leslie jest w takiej rozsypce, to nie możemy tego przy niej pokazać - to tylko pogorszy całą sytuację. Musisz trzymać nerwy na wodzy, maskować złość. Nie pomożemy jej wrzaskiem i przekleństwami, przecież wiesz. - głaskał mnie uspokajająco po ramionach.
- Wiem. - przyznałam mu rację. - Ale muszę się na czymś wyżyć i...
- I padło na mnie.
- Mniej więcej. - przytaknęłam, a on parsknął cicho śmiechem.
Resztę czasu przesiedzieliśmy w ciszy, co chwilę nerwowo zerkając na zegarek Gideona. Po jakichś dwudziestu minutach klapa w podłodze otworzyła się i wysunęła się przez nią zapłakana twarz Leslie, a zaraz cała jej reszta. Wstałam i podbiegłam do niej, a później pomogłam jej wyjść - cała się trzęsła. Zaraz za nią pojawił się Raphael. Gideon też się podniósł i podszedł do nas, a moja przyjaciółka rzuciła mi się na szyję i zaszlochała.
- Co się stało, Leslie? - zapytałam głaszcząc ją po plecach.
Ona tylko pokręciła głową. Spojrzałam pytająco na Raphaela.
- Kiedy jej mama o tym usłyszała, powiedziała, że ma piętnaście minut, żeby się spakować, a później nie chce jej widzieć więcej na oczy. Jej tata próbował protestować, ale nie dała mu dojść do głosu. Nie chciała nikogo słuchać. - westchnął i przejechał nerwowo dłonią po włosach. - Więc pomogłem Leslie się spakować i wyszliśmy. Wtedy do ciebie zadzwoniliśmy.
Gideon pokręcił z niedowierzaniem głową i spojrzał na Les ze współczuciem, a ona zaszlochała po raz kolejny. Za to ja nie czułam nic poza czystą wściekłością. Wiązanka przekleństw, która niepohamowanie wypłynęła z moich ust sprawiła, że oczy braci de Villiers rozszerzyły się do rozmiarów spodków od filiżanek, a Leslie na chwilę ucichła i odsunęła się, żeby spojrzeć na mnie zdziwiona.
- No co? - popatrzyłam na nich pytająco. - Muszę się jakoś wyżyć. Chyba, że ktoś chce dostać po twarzy, wtedy się zamknę i załatwię to inaczej.
- Ale będę miał bratową... - szepnął Raphael do Gideona, a on tylko pokiwał głową, nadal patrząc na mnie ze zdumieniem zmieszanym z dziwnym podziwem.
- Les, będziesz mieszkać u mnie. - zarządziłam.
- Dzięki. - powiedziała cicho i uśmiechnęła się do mnie słabo, a z jej oczu zaraz znowu popłynęły łzy.
- Nie płacz już. Nie powinnaś się denerwować, wszystko będzie w porządku. - przez następne kilka minut wszyscy ją uspokajaliśmy, aż w końcu przestała płakać. 
- Dziękuję. - szepnęła i popatrzyła na nas z wdzięcznością. Chciała dodać coś jeszcze, ale nie pozwolił jej na to odgłos otwieranej klapy w podłodze. Po chwili z dziury wyłoniła się głowa mojej mamy.
- Tak myślałam, że tu będziecie. - pokręciła głową poirytowana - nie lubiła, kiedy przychodziliśmy na dach. Zawsze bała się, że pospadamy. - Zejdźcie na dół.
Niechętnie wykonaliśmy jej polecenie. Kazała zostawić nam koce i poduszki, mówiąc, że poprosi pana Bernharda, żeby później je zabrał. Usiedliśmy na kanapie, a ona przycupnęła na stoliku do kawy przed nami.
- Jak poszła rozmowa z rodzicami? - zapytała, chociaż wydaje mi się, że już dobrze znała odpowiedź - na twarzy Leslie wciąż widniały ślady łez.
Ona tylko pokręciła głową.
- Leslie zamieszka u nas, mamo. - powiedziałam szybko.
- Ale co się...
- Jej mama.
- Ach... - westchnęła. - Może jeszcze z nią porozmawiam, musiała to zrobić pochopnie, nie przemyślała tego...
- Nie. - odezwała się Les. - Tak myślałam, że tak to się skończy. Czy... Nie będzie pani miała nic przeciwko...
- Oczywiście, że nie, skarbie. Będę tylko musiała porozmawiać o tym z moją matką, ale to nie powinien być większy problem, jeśli mieszkałabyś z nami na górze. - westchnęła. - Myślę, że powinnaś się położyć - to trochę dużo przeżyć, jak na jeden dzień. - moja przyjaciółka pokiwała głową. - Gideon, Raphael, jedźcie do domu, dla was to też na pewno nie był łatwy dzień. - zgodzili się z nią i wszyscy wstaliśmy.
Pożegnałyśmy się z nimi i poszłyśmy do mojego pokoju, a oni ruszyli w kierunku schodów.
***
- Jak myślisz, Gwen? 
- Co? - zapytałam dość mało inteligentnie, patrząc zdezorientowana na moją przyjaciółkę. Leżałyśmy na łóżku w mojej sypialni. Od "przeprowadzki" Leslie minęły już ponad dwa tygodnie i obie zdążyłyśmy się przyzwyczaić do mieszkania razem, a Les pogodziła się z myślą o ciąży. - Przepraszam, nie słuchałam. 
Zaśmiała się cicho i spojrzała na mnie rozbawiona.
- Ostatnio, co chwilę mi gdzieś odpływasz.
- Oj, cicho... To o co pytałaś? - parsknęła śmiechem.
- Zastanawiałam się, czy to będzie chłopiec czy dziewczynka... Jak myślisz?
- mówiąc to lekko dotknęła swojego brzucha. Jak na razie nic jeszcze nie widać, ale przecież to dopiero drugi miesiąc.
- Hmmm... Bardziej wyobrażam sobie ciebie z dziewczynką. Byłaby małą księżniczką Raphaela... No i mogłabym jej kupować całą masę różowych ubranek, aż zaczęłabyś rzygać na widok tego koloru. - roześmiała się.
- Chciałabym, żeby to była dziewczynka... Ale chłopca też bym kochała. Ja to bym go wychowała... Maniery rodem z osiemnastego wieku... Musiałabym podpatrzeć to u Gideona... - szturchnęłam ją w ramię, ale obie parsknęłyśmy śmiechem.
- Co wam tak wesoło? - zapytała mama wchodząc do pokoju.
- Myśli pani... - zaczęła Les, ale kiedy zauważyła ostrzegawcze spojrzenie mojej mamy natychmiast się zreflektowała. - Znaczy, myślisz, Grace, że będzie chłopiec czy dziewczynka?
- Nie mam pojęcia. Dowiesz się koło czternastego tygodnia, podczas USG, zakłady nic tu nie dadzą. - uśmiechnęła się do nas. - Przez pierwsze trzy, cztery miesiące wszyscy byliśmy przekonani, że Nick będzie dziewczynką, no i proszę, co z tego wyszło. Obiad będzie gotowy za dziesięć minut, a za pół godziny mają przysłać po ciebie samochód, Gwen.
- Gideon miał po mnie przyjechać...
- Dzwonili, że coś mu wypadło i nie może, ale dołączy do ciebie podczas elapsji. - powiedziała i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
- Nie napisał ci nic? - zdziwiła się Leslie.
- Nie... - sprawdziłam telefon. - Nie, nic nie dostałam.

***

Siedziałam na kanapie w 1956 roku i próbowałam czytać, ale niezbyt dobrze mi to szło, głównie przez to, że nikt nie chciał mi powiedzieć, co tak nagle wypadło Gideoniwi. Oczywiście nachodziły mnie coraz gorsze scenariusze i odetchnęłam z niemałą ulgą, kiedy jakieś pół godziny później zmaterializował się przede mną. Zerwałam się z kanapy i podeszłam do niego.
- Dlaczego nie napisałeś mi, że nie możesz przyje...? - urwalam widząc bandaż na jego dłoni i opatrunek na czole. - Co się stało?
- Nic, Gwen, to naprawdę nic poważnego...
- Co się stało? - drążyłam.
Westchnął.
- Miałem lekką stłuczkę, to wszystko...
- Co miałeś?!
- Jechałem po ciebie, zamyśliłem się i nie zauważyłem, ze jakiś idiota wyjeżdża zza zakrętu. On rozmawiał przez telefon i tez mnie nie zauważył no i stuknęliśmy się, nic strasznego.
- Czy ja cię nie prosiłam, żebyś patrzył na drogę, kiedy prowadzisz?! - przez kolejne kilka minut usiłowałam wytłumaczyć mu, ze jest idiotą, a on potulnie spuścił oczy i zaprotestował dopiero, kiedy po raz trzeci wysunęłam ten sam argument.
- Gwen, proszę cię, daj już spokój, nic się nie stało, mam tylko guza i zwichnięty nadgarstek, wszystko jest w porządku, naprawdę. Czy mozemy się po prostu położyć? Doctor White kazał mi się przespać i tym razem mam ochotę zastosować się do jego zaleceń. 
Pokiwałam głową i oboje położyliśmy się na zielonej sofie. Gideon przytulił się do moich pleców, a ja pogłaskałam jego zabandażowaną rękę. 
- Przepraszam. - powiedziałam cicho, całując dłoń. - Po prostu się martwię.
- Wiem, Gwenny. - przyciągnął mnie mocniej do siebie. - Chyba za dużo się ostatnio dzieje...
- A już myślałam, że się uspokoiło...
- Ja teeeeeż... - ostatni wyraz przeciągnął, ziewając.
- Śpij już. - powiedziałam. - Mam ustawiony budzik na pięć minut przed przeskokiem.
- Mhy-mhy... - mruknął potakująco i wtulił twarz w moje włosy. 

sobota, 10 stycznia 2015

Rozdział 14

 Kochani,
wiem, że straaasznie długo nie pojawiał się ten rozdział, ale czasu nie miałam pod dostatkiem, a wena jak na złość szła w stronę drugiego opowiadania. Mam nadzieję, że nie pouciekali stąd wszyscy i jeszcze ktoś tu jest.
Ja nie jestem specjalnie z tego rozdziału zadowolona, ale powiem Wam, że musiał on być taki troszkę nudny, żeby wprowadzić Was do kolejnego, który mam nadzieję uda mi się napisać znacznie szybciej :)
Cassandra

Gwendolyn

Jakiś czas później razem z Gideonem odwieźliśmy Leslie do domu, tak jak powiedziałam jej mamie. Nie chciałam jej teraz zostawiać, ale musieliśmy poddać się elapsji, a ona stwierdziła, że da sobie radę. Nie chciała jeszcze mówić rodzicom, nie była gotowa, w końcu dopiero co sama się dowiedziała. Pojechaliśmy do Loży w Temple i po powiadomieniu pana George'a, że idziemy na dół poszliśmy do piwnicy zbyt zajęci swoimi myślami, żeby bać się spotkania z Falkiem, do którego, dzięki Bogu, nie doszło. Przenieśliśmy się do 1956 roku i usiedliśmy na zielonej sofie. Oparłam się plecami o pierś Gideona i zamknęłam oczy, a on mnie objął, mocno przyciągając do siebie. Oparł brodę na mojej głowie.
- Co teraz będzie? - zapytała po chwili milczenia.
- Nie mam pojęcia, Gwenny. - westchnął. - Wszystko zależy od nich. Nie wiem, co będą chcieli zrobić.
- Leslie nie usunie dziecka - powiedziałam stanowczo. - Kiedy siedziałyśmy w łazience i czekałyśmy na... wyniki właśnie to mi powiedziała. Nie zależnie od tego, co wyjdzie nigdy nie usunie dziecka. Mimo to boi się powiedzieć rodzicom. Są naprawdę mili i w ogóle, jak do niej przychodzę są super, szczególnie jej tata, a ona ma z nimi całkiem dobry kontakt, ale jej mama ma swoje zasady, których trzyma się praktycznie niezależnie od sytuacji. Kiedyś stwierdziła, że nie będzie mieszkać z kotem w domu, a Les naprawdę bardzo chciała go mieć. Pomyśleli z tatą, że jeśli kupią go po kryjomu i przyniosą do domu, to mama nie będzie mogła go wyrzucić. A ona spakowała trochę rzeczy, przeniosła się do hotelu i powiedziała, że nie wróci póki kot nie zniknie. Przez kilka dni próbowali z nią walczyć, ale w końcu się poddali i oddali kota. W ramach rekompensaty tata kupił psa, po ustaleniu z mamą, czy to jej nie przeszkadza. Jej mama ma straszną obsesję na punkcie nastolatek w ciąży. Za każdym razem, kiedy taką widzi głośno, tak żeby usłyszała, mówi co myśli o takich dziewczynach, albo w najlepszym wypadku krzywi się i prycha. Nie wiem, jak zareaguje przy Leslie... - teraz to ja westchnęłam.
- Wiesz, że Raphael i ja zawsze jej pomożemy, prawda? Gdyby tobie albo komukolwiek od ciebie coś się stało to też. - przyciągnął mnie do siebie jeszcze bliżej, jeśli to w ogóle możliwe, i pocałował mnie w czoło. - Mimo wszystko będzie ciężko. Co ze szkołą? - zapytał po chwili.
- Nie wiem... Jest maj, to dopiero pierwszy miesiąc, więc pewnie skończy ten rok szkolny bez problemu. Po wakacjach będzie już widać, nie wiem jak zareagują w szkole, dyrektor jej nie lubi, a ja nie mam pojęcia, czy w u nas jest jakiś przepis na tego typu sytuacje... Nie wiem, czy wróci, może będzie wolała uczyć się w domu, nie wiem, naprawdę nie wiem.
- Będzie dobrze. - powiedział cicho. - Wszyscy jej pomożemy, damy radę. 
- Mam nadzieję. 
Do końca elapsji niewiele rozmawialiśmy, siedzieliśmy przytuleni do siebie i pochłonięci własnymi myślami, które mimo wszystko krążyły wokół jednego tematu.

***
Gideon

Po elapsji odwiozłem Gwen do domu i wróciłem do siebie. Raphael siedział przy stole w kuchni patrząc się tępo w ścianę. Podszedłem do niego i położyłem mu rękę na plecach. Nie zauważył, że już wróciłem i podskoczył zaskoczony. Usiadłem na krześle obok.
- Co mam zrobić? - zapytał po chwili.
- Pomóc jej, tak jak tylko możesz, wspierać ją, być z nią... My z Gwen zrobimy, co możemy, ale to od ciebie zależy najwięcej.
- Boże, dlaczego? W szkole będzie masakra, nikt nie może się o tym dowiedzieć, przynajmniej na razie, oni ją przecież zniszczą! Najgorsze jest to, że ona będzie musiała to wszystko znieść. Całą ciążę, spojrzenia innych ludzi, reakcję rodziców... Oczywiście będę wtedy przy niej, ale to przecież zupełnie co innego! - powoli podnosił głos, a ostatnie zdanie wykrzyczał i zaraz oparł czoło o blat stołu. Zrobił kilka głębokich wdechów. - Wy... To znaczy ty i Gwen... Wy naprawdę jeszcze nie...?
- Nie. Powiedziałem ci już, chcę poczekać aż będzie gotowa, nie chcę żeby później żałowała. - odpowiedziałem zanim zdążyłem ugryźć się w język. Mogłem to jakoś inaczej sformułować. - Przepraszam. - dodałem, kiedy spojrzał na mnie z wyrzutem. - Nie oskarżam cię, w końcu nie zrobiłeś tego bez jej zgody. 
Pokiwał głową, a potem znowu oparł ją na blacie.
- Spałeś u Gwen, Leslie przyszła tutaj, ale powiedziała rodzicom, że wszyscy do niej idziemy i później zadzwoniła, że zostanie na noc. Została tu. Położyliśmy się, trochę się całowaliśmy i jakoś samo tak wyszło. Jakiś czas wcześniej rozmawialiśmy o tym i... doszliśmy do wniosku, że kiedy wyjdzie to wyjdzie, nie będziemy nic planować. A potem...
Spojrzałem na zegarek. Była dopiero siódma, ale Raphael wyglądał na naprawdę wykończonego. W sumie czemu się dziwić?
- Idź się połóż - powiedziałem. - Chyba trochę za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
Pokiwał głową nie patrząc na mnie, a później wstał od stołu i ruszył do drzwi. W ostatniej chwili odwrócił się i na mnie spojrzał.
- Dzięki - powiedział cicho i wyszedł.

***
Tydzień później...

Gwendolyn

 - Gwen! - usłyszałam krzyk dochodzący zza drzwi mojego pokoju. 
Siedziałyśmy z Leslie na łóżku i zastanawiałyśmy się nad tym, jak powiedzieć jej rodzicom o ciąży, żeby w miarę dobrze to przyjęli. Ona powoli traciła już na to nadzieję, ale nie mogłyśmy się poddać.
- Tak?! - odkrzyknęłam mojej mamie, która w tym samym momencie weszła do pokoju.
- Leslie zostaje u nas na kolację? 
Spojrzałam na moją przyjaciółkę.
- Tak, zostaje na noc.
- To za dziesięć minut na dole. Tylko uważajcie, bo dzisiaj gotowała Glenda. - mrugnęła do nas i wyszła z pokoju.
- Gwen, twoja mama! - krzyknęła Leslie.
- Przed chwilą wyszła... - spojrzałam na nią dziwnie. - Przecież wiem.
- Nie o to mi chodzi. Może ona mogłaby mi pomóc przy mówieniu rodzicom! W końcu raz już była w takiej sytuacji, pomogła Lucy i Paulowi...
- Tak, a później się mną zajęła i mnie wychowała...
- Ale może po prostu mogłaby ich jakoś przygotować, albo powiedzieć mi jak im to przekazać.
- Możemy z nią pogadać... - powiedziałam. - Ale wiesz, że nie będzie łatwo jej powiedzieć, prawda?
- Na pewno łatwiej niż mojej mamie. - westchnęła. - Jak myślisz, kiedy możemy z nią porozmawiać?
- Nawet dzisiaj po kolacji. Mogłybyśmy poczekać, aż Nick i Caroline pójdą spać.
Pokiwała głową.
- Chyba najlepiej będzie zrobić to jak najszybciej... Prawda?
- Tak, Les... Będzie najlepiej.

***

Było już po jedenastej, kiedy zapukałam do drzwi sypialni mojej mamy. Jutro jest szkoła, więc moje rodzeństwo, chcąc nie chcąc, wylądowało już w swoich łóżkach. My też już się wykąpałyśmy i przebrałyśmy w pidżamy, żeby nie wzbudzić u nich podejrzeń.
- Proszę. - usłyszałyśmy głos mamy. 
Weszłyśmy.
- O co chodzi, dziewczynki? - zapytała patrząc w lustro swojej toaletki, przy której siedziała i nakładała na twarz krem.
- Chciałyśmy... - zaczęła Leslie.
- Z tobą porozmawiać. - dokończyłam.
Mama uniosła brwi zdziwiona i odwróciła się do nas.
- Siadajcie. - wskazała dłonią na łóżko.
Obie usiadłyśmy na nim po turecku, a ona przyglądała nam się badawczo.
- Tak myślałam, że coś się stało. Byłyście dziwnie ciche przy kolacji i w ogóle przez ostatnie dni. O co chodzi?
- Pani Sheperd...
- Ile razy prosiłam cię, Leslie, żebyś mówiła mi po imieniu?
- Grace - poprawiła się. - chodzi o to, że... mamy problem.
- Co się stało? - zmarszczyła brwi nie bardzo rozumiejąc o czym ona mówi.
- Mamo, jak zareagowałaś, kiedy Lucy powiedziała ci, że jest w ciąży? - zapytałam.
- Byłam trochę zszokowana, ale wiedziałam, że muszę im pomóc... Gwen, czy ty...? - spojrzała na mnie z szokiem i zmartwieniem.
- Nie, mamo...
- Ja... - powiedziała Leslie cicho, a moja mama spojrzała na nią wielkimi oczami.
Przez chwilę siedziałyśmy w strasznie krępującej ciszy, a później mama podeszła do łóżka, usiadła na nim i przytuliła Les.
- Och, Leslie... - westchnęła cicho i jeszcze mocniej ją przytuliła, a ona zaczęła płakać.
Dołączyłam do nich i siedziałyśmy objęte we trzy przez kolejne kilka, a może kilkanaście, minut. W końcu mama odsunęła się i spojrzała mojej przyjaciółce w oczy.
-Czy twoi rodzice wiedzą? - zapytała, na co Les pokręciła głową. - Wiesz, że musisz im powiedzieć, prawda?
- Wiem. - powiedziała i pociągnęła nosem. - Ale nie wiem jak. Wiesz jaka moja mama jest pod względem nastolatek w ciąży. Nie mam pojęcia, co powinnam zrobić...
- To Raphael, tak?
- Tak.
- Powiedziałaś mu?
- Tak, on wie. Tak jak Gideon. Dowiedziałam się u nich, jak wróciliśmy z Paryża.
- I na pewno nie zamierza cię z tym wszystkim zostawić, tak? - Leslie pokiwała głową. - Dobrze. - westchnęła. - Skarbie, ja nie mogę powiedzieć o tym twoim rodzicom, ty musisz to zrobić, ale gdyby były jakieś... problemy, to mogę z nimi porozmawiać. -mama posłała jej lekki uśmiech.
- Dziękuję, pani... Znaczy, Grace. - odwzajemniła gest.
- Czy myślałaś już o tym... co będzie później? Rozumiem, że nie chcesz go usunąć...
- Nie. - powiedziała stanowczo. - Na pewno nie. Ale jeszcze nie wiem, co dalej. Musimy... nad tym pomyśleć.
- Rozumiem.
- Czy teraz nadszedł czas na wykład? -zapytałam ostrożnie.
- Wydaje mi się, że już trochę za późno... - powiedziała Leslie uśmiechając się krzywo.
- Ograniczę się do przypomnienia ci, Gwen, że zabezpieczenie jest najważniejsze.
- Chociaż nie zawsze działa... - wtrąciła Les.
- Dlatego musi być z dwóch stron. - dodała mama. - I dlatego umówię cię do lekarza, który przepisze ci w razie czego tabletki antykoncepcyjne. - chciałam się wtrącić, ale mama uniosła ostrzegawczo palec. - Wolałabym, żebyście jeszcze tego nie robili, ale lepiej dmuchać na zimne.
- No dobra. - przytaknęłam.
- Kiedy chcesz powiedzieć rodzicom, Leslie?
- Najlepiej nigdy... Ale chyba muszę to zrobić jak najszybciej. - skrzywiła się.
- To na pewno. Myślę, że powinnaś porozmawiać z nimi jutro.


***

 - Jak Raphael? - zapytałam podbiegając do Gideona, który stał oparty o swój samochód, stojący pod szkołą i pocałowałam go szybko w usta. 
- Rzygał w nocy - powiedziałem mu, że może zostać w domu. - westchnął. - Myślę, że to z nerwów przed tym, no wiesz, przed rozmową z rodzicami Leslie. 
- Pewnie tak. - stwierdziłam, a on otworzył mi drzwi do auta. - Les też dzisiaj rzygała, ale raczej przeważały inne powody. - uśmiechnął się krzywo i pokiwał głową, a później wsiadł ze swojej strony. - Wczoraj jak powiedziałyśmy o tym mojej mamie - Leslie zadzwoniła z tymi nowościami do Raphaela i on przekazał je Gideonowi. - stwierdziła, że zabierze mnie do lekarza, który przepisze mi tabletki antykoncepcyjne. "Na wszelki wypadek". - parsknął cichym śmiechem. 
- Rozumiem, że mamy się uczyć na błędach innych, tak? 
- Najwyraźniej. - posłałam mu lekki uśmiech. 
- Kiedy mają z nimi rozmawiać? - zapytał.
- Wieczorem. Pomyślałam, że po elapsji moglibyśmy iść do mnie, bo później w razie czego mieliby bliżej, żeby przyjść. 
- Jasne. - zgodził się. - Możemy dzisiaj nie iść do twojego dziadka? W nocy prawie nie spałem przez to z Raphaelem i jestem wykończony, a miałem jeszcze kilka godzin wykładów... Czuję się prawie, jakbym miał dziecko. - parsknęłam śmiechem.
- My też nie dużo spałyśmy z Les i dałabym wszystko, żeby się położyć pod kocem.
- No to ja załatwię jakiś koc i może nawet poduszkę, a ty pójdziesz oczarować pana Marley'a, żeby wysłał nas do jakiegoś spokojnego dnia. 

***

Po elapsji, którą prawie w całości przespaliśmy przytuleni do siebie na zielonej sofie, pojechaliśmy do mnie do domu i po przemyceniu części kolacji (przy pomocy pana Bernharda), kilku koców i poduszek, wymknęliśmy się na dach. Po zjedzeniu położyliśmy się wygodnie obok siebie i patrzyliśmy w bezchmurne niebo, które powoli ciemniało. Gideon obejmował mnie ramieniem i głaskał po włosach, a ja położyłam głowę i rękę na jego piersi. 
- Wiesz... - zaczęłam. - Kiedy przyszliśmy tu po raz pierwszy, kiedy zamykaliśmy krąg w chronografie, wyobrażałam sobie, że kiedyś moglibyśmy postawić tu mnóstwo świec i poduszek, zjedlibyśmy kolację, a później zagrałbyś na skrzypcach... - nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć, że się uśmiecha. 
- Kiedyś tak zrobimy. - powiedział i pocałował mnie w czubek głowy. 
Odwróciłam się i uniosłam na łokciach, żeby na niego spojrzeć.
- Obiecujesz? - zapytałam, przysuwając się do niego.
- Obiecuję. - szepnął i pocałował mnie.
Kompletnie się w tym zatraciliśmy. Gideon przyciągnął mnie do siebie tak, że na nim leżałam, a ja wplotłam palce w jego włosy. Po chwili poczułam jak jego ciepłe dłonie wsuwają się delikatnie pod moją bluzkę i wywołało to u mnie lekki, przyjemny dreszcz. Gładziłam dłońmi jego kark i ramiona i jestem pewna, że nie powstrzymalibyśmy się przed czymś więcej, gdyby nie dzwonek mojego telefonu. Romantyczny nastrój zniknął.
- To pewnie Leslie. - szepnęłam.
Gideon kiwnął głową i podał mi komórkę. Odebrałam.
- Gwen... - zaczęła moja najlepsza przyjaciółka zanim zdążyłam się odezwać. Już po jej głosie wiedziałam, że płacze.

niedziela, 14 września 2014

Rozdział 13

Kochani,
wiem, że rozdział miał być jeszcze w wakacje, ale sprawy się pokomplikowały i najpierw w trakcie wyjazdu nie dałam rady tego skończyć, potem po powrocie było urwanie głowy ze względu na zbliżający się rok szkolny, a potem sama szkoła. W pewnym momencie miałam nawet prawie całkiem napisany rozdział, ale pojawiły się u mnie problemy z kolanem-jestem teraz kilka dni po operacji i jak miałam wreszcie znowu czas na skończenie rozdziału, to wpadł mi nowy pomysł do głowy i zaczęłam pisać praktycznie od nowa.
Notka jest całkiem długa i jestem z niej nawet zadowolona :)
Mam nadzieję, że ktoś jeszcze tu jest i że Wam się spodoba :)
Cassandra :*

Gwendolyn
Następnego dnia umówiliśmy się z Madame Rossini o dwunastej trzydzieści w kawiarni, ponieważ woleliśmy się nie narażać teraz Falkowi bardziej, niż to konieczne i nie spotkać go na korytarzu w Loży.
-Słyszałam o waszej wycieczce à ma belle ville de Paris, łabędzia szyjko.-powiedziała na wstępie całując mnie w oba policzki i kiwając Gideonowi głową.-Mogliście mi powiedzieć! Mogłam was, no, jak to się mówi... Kryć!
-Madame Rossini, ja się dowiedziałam dopiero jak mnie wywiózł na lotnisko. Gideon mógł to z panią ustalić, ja naprawdę nie miałam o niczym pojęcia.
-Ty, głupi chłopak!-zrugała go, a Gideon sprawiał wrażenie jakby niedługo miał zacząć się jej bać tak samo jak Falk.-Mogliście tam siedzieć nawet teraz! Wymyśliłabym coś!-kiedy się denerwowała jej akcent stawał się jeszcze wyraźniejszy.-Imbecile!
-Madame Rossini, ja naprawdę nie pomyślałem...
-Zazwyczaj właśni z tego biorą si problemi!-stwierdziła, z wrażenia "zjadając" niektóre ostatnie litery lub je zmieniając.
Pokręciła głową i usiadła na fotelu.
-No, ale w sumie jest pan mężczyzną, a oni często robią różne głupie rzeczy... Tym razem chyba dam już temu spokój, bo i tak nic już nie da się zrobić.-westchnęła, a Gideon uśmiechnął się do niej niepewnie.-Czemu chcieliście się ze mną spotkać, łabędzia szyjko? I dlaczego akurat tutaj?
-Falk chyba dalej jest na nas wściekły właśnie o ten Paryż i nie chcieliśmy natknąć się na niego w Loży.-wyjaśniłam, a Madame Rossini skinęła głową uśmiechając się do mnie ze zrozumieniem.-A pomyśleliśmy...że może udałoby się nas wcisnąć na jakiś bal?-teraz jej uśmiech rozjaśnił całą twarz. Już była w swoim żywiole.-Zależało nam na tym, żeby najpierw zapytać o to panią, bo ze względu na ostatnie wydarzenia...
-Nic nie mów, łabędzia szyjko! Wszystko będzie załatwione. Porozmawiam z panem George'em i panem deVilliers, a jak się nie zgodzą, to przecież nie muszą o wszystkim wiedzieć, prawda? Oh! Chyba już wiem, w co się ubierzecie! Tak, czerwień, zdecydowanie czerwień!
Uśmiechnęłam się triumfalnie do Gideona, a on pokręcił z niedowierzaniem głową.

***

-I jak było?-zapytała Leslie, kiedy wróciliśmy do domu.
-Tak jak myślałam, wszystko poszło gładko.-uśmiechnęłam się i usiadłam obok niej na kanapie.-Musi popatrzeć tylko, kiedy nas wysłać.
-Zazdroszczę wam...-jęknęła.-Też bym tak chciała.
-Raz na jakiś czas to może jest fajne, ale codzienna elapsja jest dosyć uciążliwa na dłuższą metę.-stwierdził Gideon i siadając.-Gdzie Raphael?
-Wysłałam go do sklepu.
-Po co?-zapytałam-Przecież robiliśmy wczoraj zakupy.
-Ale nie kupiliśmy ogórków kiszonych.
-Po co ci ogórki kiszone?
-Nigdy nie miałaś ochoty na ogórka kiszonego?
-Nie...
-No cóż, ja właśnie mam.
Spojrzałam na nią podejrzliwie.
-Leslie, ty nie lubisz ogórków kiszonych.
Gideon wstał lekko zmieszany. 
-Pójdę zrobić herbatę.-powiedział i wyszedł.
-Nie lubię?-zapytała Les nie zwracając na niego uwagi.
-Nie. Zawsze odkładasz je na bok. Wygrzebujesz je nawet z sałatki jarzynowej.
-Naprawdę?
-Od zawsze.-pokiwałam głową.
-Cholera.-zerwała się z kanapy i zasłaniając usta dłonią pobiegła do łazienki.
Ruszyłam za nią i przez otwarte drzwi zobaczyłam jak klęczy przy sedesie. Weszłam do środka i zamknęłam drzwi. Kucnęłam obok niej i czekałam aż skończy głaszcząc ją po plecach. Spuściła wodę i zamknęła klapę, żeby usiąść. Odgarnęłam jej włosy z twarzy i w nalałam do kubka do mycia zębów trochę wody, żeby przepłukała usta. Kiedy to zrobiła ponownie przed nią kucnęłam. 
-Leslie... Czy ty i Raphael...?
Spuściła głowę i łzy pociekły jej po policzkach.
-Och, Leslie...-złapałam ją za ręce, a ona zsunęła się na podłogę obok mnie i zaczęła płakać.
Przytuliłam ją i głaskałam ją uspokajająco po plecach.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?-zapytałam cicho.
Pociągnęła nosem i uniosła głowę, żeby na mnie spojrzeć.
-Nie wiem.-westchnęła.-Chyba dlatego, że... Pamiętasz jak kiedyś o tym rozmawiałyśmy?
Pamiętam. Przywołałam w myślach tę rozmowę:

-Wyobraź sobie Gordona!-zaśmiała się Leslie i opadła na łóżko obok mnie. 
-Nie każ mi tego robić!-zawtórowałam jej.
Przez chwilę leżałyśmy patrząc na sufit w pokoju Les. Kiedy miałyśmy dwanaście lat wspólnie wykleiłyśmy go naszymi zdjęciami. Znaczy, zaczęłyśmy. Na początku był to tylko jeden róg, a z czasem zapełniłyśmy go już w ponad połowie. Nagle Leslie odwróciła się w moją stronę i podparła głowę ręką.
-A wy?-zapytała.
-Co, my?
-Ty i Gideon.-wyjaśniła.-Robiliście to już?
Zaśmiałam się, mogłam się spodziewać tego pytania.
-Nie.-pokręciłam głową.-Kilka razy było blisko, ale nie. Zawsze powraca wtedy na chwilę odpowiedzialny Gideon i przerywa mówiąc, że chce być pewny, że będę gotowa.-tak samo jak ona przewróciłam się na bok i spojrzałam na nią.-A wy?
-Nie, jeszcze nie.-odwróciła się na plecy i znowu spojrzała na sufit. 
-Myślisz, że on ma to już za sobą?
-Proszę cię! Pół życia spędził we Francji, musiał już to zrobić.
-Rozmawialiście o tym?
-Nie... Chyba... Boi się, że to za wcześnie żeby poruszyć ten temat.
-Powinniście sobie to wyjaśnić.
-Nie lubi rozmawiać o tym, co robił we Francji. Przecież wiesz, co Gideon o nim mówił. Tylko się bawił i pakował w kłopoty. Myślę, że po prostu chciał zwrócić na siebie uwagę. Teraz jest inny. I chyba nie chce wracać do tego, co się tam działo.

Ta rozmowa miała miejsce jakieś trzy tygodnie temu. Pokiwałam głową.
-Kiedy...?
-Kilka dni przed Paryżem. 
-Przecież mogłaś mi powiedzieć.
-Bałam się, że... będziesz mnie osądzać. Z Raphaelem znamy się jeszcze krócej niż ty z Gideonem i jakoś po prostu.... nie wiem.
-Słoneczko, nigdy bym cię nie osądzała.-przytuliłam ją mocniej.-Czy wy się nie...?
-Tak. Ale chyba to nie wystarczyło...
-Poczekasz tu na mnie?-zapytałam wstając.
-Gdzie idziesz?
-Do apteki. Musimy się upewnić.
-Ale...
-Leslie, może to jakiś cholerny zbieg okoliczności. Może nagle polubiłaś ogórki kiszone?-próbowała się uśmiechnąć, ale kiepsko jej to wyszło.
Wyszłam z łazienki zamykając za sobą drzwi i zostawiając Leslie samą. Kiedy odwróciłam się przodem do korytarza wpadłam na Gideona. Złapał mnie.
-Co się stało, Gwen?-zapytał zatroskany.-Właśnie miałem tam pukać. Wybiegłyście tak nagle, potem was tyle nie było...
-Gdzie jest najbliższa apteka?-wypaliłam.
-Co?-zmarszczył brwi nie bardzo rozumiejąc.
-Gdzie jest najbliższa apteka?-powtórzyłam pytanie patrząc mu w oczy.
-W prawo, do końca ulicy i w lewo, za rogiem. Co się stało?
-Później ci wyjaśnię.-wyminęłam go i podbiegłam do przedpokoju, zatrzymując się, żeby wziąć kurtkę. 
W tym czasie Gideon zdążył stanąć przy drzwiach uniemożliwiając mi wyjście. Spojrzał na mnie wyczekująco.
-Gwen...?
Westchnęłam. 
-Mamy... Pewien problem. 
-Jaki problem?-musnął dłonią mój policzek.-Co się stało?
-Musimy coś sprawdzić. Razem z Leslie. Nie idź na razie do łazienki. I jak Raphael wróci, niech też tam nie idzie. 
-Gwenny...
-Proszę. Później wszystko ci wyjaśnię, ale teraz musisz mi zaufać i po prostu mnie puścić.-spojrzał na mnie nie przekonany.-Proszę.
Westchnął, ale odsunął się od drzwi. Wybiegłam z domu i pognałam do apteki. Kiedy już tam dotarłam okazało się, że jak zwykle jest ogromny tłok, więc zanim znalazłam to, czego szukałam i dotarłam na początek kolejki minęło dobre dwadzieścia minut. Podałam pięć różnych testów ciążowych sprzedawczyni w podeszłym wieku, a ona spojrzała na mnie krytycznie. Dopiero kiedy spiorunowałam ją wzrokiem i wysyczałam przez zaciśnięte zęby, żeby się pośpieszyła zajęła się swoją pracą. Nie czekając na rachunek wypadłam z apteki i ruszyłam w stronę domu Gideona. Nie zdążyłam przebiec dziesięciu metrów, kiedy na kogoś wpadłam. Przewróciłam się tak jak osoba, na którą wpadłam, a zakupy wysypały mi się z siatki. 
-Boże, przepraszam.-powiedziałam szybko zbierając testy.-Nie patrzyłam gdzie idę...
-Gwendolyn?-usłyszałam znajomy głos i zamarłam z ręką w połowie drogi do siatki. Uniosłam głowę.
-Pani Hay?-zapytałam z przerażeniem.-Co pani tu robi?
-Pracuję niedaleko. Właśnie szłam do sklepu po coś na lunch. Ale co ty tu robisz? Nie wiedziałam, że wróciliście już z Paryża.
-Yyy... Tak, wróciliśmy. Dosłownie przed chwilą. 
-Dlaczego Leslie do mnie nie zadzwoniła? 
-Padła jej komórka.-pierwsze, co przyszło mi na myśl.
-Jest już w domu?
-Yyy... nie... Podjechaliśmy najpierw tutaj, do Gideona i Raphaela, bo... Zapomniałam, że zostawiłam tu kiedyś...-szukałam wzrokiem czegoś, co mogłam zostawić.-Kurtkę!
-Kurtkę?-zapytała podejrzliwie.
-Tak. Kurtkę. No wie pani, po powrocie z Francji uderzyła nas różnica temperatury i... no, było mi zimno. Zgodzili się zatrzymać tym bardziej, że Raphael straszliwie narzekał, że chce iść do łazienki, a nienawidzi tych w samolotach i na lotnisku.-przez chwilę mama Leslie nic nie mówiła tylko patrzyła na moją rękę.-Pani Hay?-podążyłam za jej wzrokiem... Jasna cholera!
-Gwendolyn...-zaczęła, a ja szybko wrzuciłam opakowania z testami do siatki i wstałam wyciągając rękę, żeby jej pomóc, ale jej nie przyjęła.
-Nie, nie, pani Hay, to nie dla mnie.-natychmiast zaprzeczyłam niewypowiedzianemu pytaniu.-Naprawdę.
-W takim razie dla kogo?-zapytała patrząc na mnie nieufnie.
No, dla kogo, kretynko, dla kogo, Gwendolyn?!
-Dla Charlotty.-wypaliłam nie myśląc o konsekwencjach.
-Dla Charlotty?-pani Hay uniosła brwi z niedowierzaniem.
-Tak... Dla Charlotty... Wie pani, może i się kłócimy i na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że za sobą nie przepadamy, ale w kryzysowych sytuacjach-i już wiedziałam, że zaczął się słowotok.-naprawdę jesteśmy sobie bliskie. Na przykład kiedy rozstałam się z chłopakiem, a Leslie była za granicą, pierwszą osobą, do której poszłam była właśnie Charlotta.-Boże, nie karaj mnie za te wszystkie kłamstwa!-I przed chwilą właśnie do mnie zadzwoniła, cała zapłakana, że popełniła błąd i jest przerażona i że muszę jej pomóc i że ciotka Glenda ją zabije.-zaczerpnęłam powietrza.-Więc powiedziałam, że jestem jeszcze tutaj, ale zaraz pobiegnę do apteki i poprosiłam, żeby na mnie chwilę zaczekali, ale oczywiście była tam ogromna kolejka i dlatego teraz biegłam i dlatego panią stratowałam, pani Hay. Za moment Gideon odwiezie nas do domów, słowo.
-No... Dobrze.-powiedziała wciąż nie do końca przekonana. Ale co się dziwić? Przecież sama bym sobie nie uwierzyła!
-Tylko proszę na razie nie mówić mojej mamie, ani mamie Charlotty. Mamy nadzieję, że to jednak nie to.
-Jedźcie do domu.-powiedziała kiwając głową i krzywiąc się nieznacznie.
-Jasne, tak, do domu! Oczywiście! Do widzenia!-zawołałam i pobiegłam do domu Gideona.

***

Wpadłam do domu i ignorując wołanie Gideona pognałam do łazienki. Zapukałam, a Leslie, która w czasie kiedy mnie nie było zdążyła trochę doprowadzić się do porządku, otworzyła mi prawie w tym samym momencie.
Podałam jej siatkę i karton soku pomarańczowego, który kupiłam jeszcze w sklepie po drodze. 
-Wzięłam różne. Pij.-posłusznie wzięła napój i odkręciła zakrętkę, a siatkę położyła na podłodze obok sedesu. Odczekałam, aż się napije i odstawi karton i powiedziałam.-Wpadłam na twoją mamę. 
-Co?!-pisnęła z przerażeniem w oczach.-Czy ona widziała...?
-Niestety.-Leslie jęknęła i osunęła się na podłogę.-Ale spokojnie, nie wie, że to dla ciebie. 
-A dla kogo?-zapytała znowu ze łzami w oczach.-Dla ciebie? 
-Dla Charlotty.-wyjaśniłam, a ona spojrzała na mnie wielkimi oczami.
-Dla Charlotty?!
-Owszem, dla Charlotty.-uśmiechnęłam się, kiedy moja przyjaciółka mimo wszystko wybuchnęła śmiechem.
-Dla Charlotty? Serio, nawet mój pies by ci nie uwierzył.-powiedziała kiedy już się opanowała.
-No, a co miałam powiedzieć? Że dla Nicka?-uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała, bo przypomniała sobie o tym, że nadal mówimy o jej sytuacji.
-Dobra, chcę mieć to już za sobą.-wzięła jeden z testów i wyjęła go z pudełka.

***
Gideon

-Gdzie dziewczyny?-zapytał Raphael wchodząc do kuchni chwilę po tym jak Gwen wróciła, czy raczej wpadła, do domu.
-W łazience.-powiedziałem.-Miałeś iść tylko do sklepu, a nie było cię już jak wróciliśmy prawie godzinę temu, gdzie ty do cholery byłeś?
-Myślisz, że tak łatwo znaleźć ogórki kiszone? Jak na złość nie było ich w tym sklepie obok, więc zacząłem szukać innego, a tam była kolejka no i mi zeszło. Co taki nerwowy?
-Chwilę po tym jak wróciliśmy Gwen i Leslie poleciały razem do łazienki. Jakieś piętnaście minut później Gwendolyn wypadła stamtąd z pytaniem gdzie jest najbliższa apteka i nie chciała mi wyjaśnić, o co chodzi. Powiedziała tylko "mamy pewien problem" i "musimy coś sprawdzić". Wróciła mniej więcej pięć minut temu i kompletnie mnie ignorując znowu pobiegła do łazienki, skąd przez cały czas kiedy jej nie było, Leslie nie wyszła nawet na chwilę, mimo że pukałem, żeby zapytać, czy wszystko w porządku.
Raphael patrzył na mnie nic nie rozumiejąc.
-To są dziewczyny, żaden facet ich nie rozumie.-stwierdził w końcu.
-Widziałeś kiedyś, wcześniej, Leslie jedzącą ogórki kiszone?
Zastanawiał się przez chwilę.
-Nie.-odpowiedział.-Ale nie widziałem jeszcze jak je dużo różnych rzeczy. O co ci chodzi?
-Kiedy Leslie powiedziała, że wysłała cię po ogórki Gwen zauważyła, że ona nigdy wcześniej ich nie lubiła...
-Do czego zmierzasz?-zmarszczył brwi dalej nie rozumiejąc.
-Biegniesz nagle do łazienki kiedy cię...
-Ciśnie?-przerwał mi wciąż nie wiedząc o co mi chodzi.
-Mdli.-dokończyłem patrząc na niego zrezygnowany.-Kiedy komuś zmieniają się upodobania żywieniowe i go mdli jak myślisz, co to może być?-patrzył na mnie jakbym co najmniej mówił po chińsku.-Boże, jak ty zdałeś z biologii...?
-Przez cały rok ładnie uśmiechałem się do pani...
-Dobra, poddaję się. Wolisz prosto z mostu?-pokiwał głową patrząc na mnie wyczekująco.-Czy ty i Leslie spaliście ze sobą?
Spojrzał na mnie zaskoczony pytaniem, ale zaraz trybiki zaskoczyły i zrozumiał, o co mi wcześniej chodziło. Dostrzegłem strach w jego oczach.
-O kurwa.-jedyne co był w stanie wykrztusić.
Pokiwałem głową.
-Czy tobie naprawdę nie przyszło do głowy, idioto, że istnieje coś takiego jak zabezpieczenie?!
-Nie jestem taki głupi, użyliśmy go. Musiało pęknąć... Nigdy wcześniej się tak nie stało...
-Robiliście to już więcej niż jeden raz?
-Nie. Chodziło mi o... wcześniej. We Francji.-ukrył twarz w dłoniach.-Boże, jestem idiotą. Co my teraz zrobimy...?
-Macie ledwo siedemnaście lat, nie mogliście jeszcze poczekać?
Jęknął.
-Rozmawialiśmy o tym i potem jakoś tak samo wyszło. Ale ty i Gwen...
-Jeszcze wciąż mamy to przed sobą.
Spojrzał na mnie zszokowany.
-Myślałem...-uniosłem brwi.-Myślałem, że wy już dawno...
-Nie. Chciałem poczekać, aż na pewno będzie gotowa.
Znowu ukrył twarz w dłoniach. Westchnąłem i wstałem. Podszedłem do szafki obok drzwi do dużego pokoju i wyjąłem stamtąd whiskey, a z innej szklankę. Nalałem trochę alkoholu i podałem Raphaelowi. Znowu spojrzał na mnie zaskoczony.
-Pij.-powiedziałem kiwając głową.
Wziął niepewnie naczynie i zaraz jednym haustem pochłonął całą zawartość. Dolałem mu jeszcze jedną porcję, a potem schowałem butelkę do szafki i jego szklankę do zmywarki. Dziewczyny nie muszą o tym wiedzieć. Wróciłem na swoje miejsce i przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu. Raphael dalej ze spuszczoną głową, a ja patrząc na niego. Będzie musiał się z tym zmierzyć. Nagle wydał mi się doroślejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Już nie widziałem w nim tego małego Raphaela, który w wieku czterech lat rozpłakał się, kiedy jadąc na rowerze rozjechał żabę i wyprawił jej później pogrzeb, w którym musiała brać udział cała rodzina. To nie był też chłopiec, który śpiewał tacie, kiedy był już zbyt chory, żeby mówić. Zniknął też zabawowy buntownik, który pojawił się po przeprowadzce do Francji. To był nowy Raphael. Nowy Raphael, który pojawił się po powrocie do Anglii. Wreszcie dorósł. Moje rozmyślania jak i ciszę przerwał szczęk zamka w drzwiach łazienki. Zerwaliśmy się na równe nogi, a do kuchni weszła najpierw Gwen, a za nią Leslie na trzęsących się nogach.
-Raphael...-powiedziała cicho cienkim głosem. 
Nie czekał, aż doda coś więcej. Podszedł do niej i przyciągnął ją do siebie, a ona zaczęła płakać i wtuliła się w niego jeszcze mocniej. Pocałował ją w czubek głowy i zaczął głaskać uspokajająco po plecach szepcząc jej do ucha, że wszystko będzie dobrze. Spojrzałem na Gwen wskazując głową na drzwi do salonu. Skinęła głową i ruszyliśmy do wyjścia. Objąłem ją w talii i posłałem lekki, pokrzepiający uśmiech. Kiedy już zamknęliśmy za sobą drzwi oparła głowę o moją klatkę piersiową, a ja ją objąłem.
-Teraz już nic nie będzie takie samo.-szepnęła i spojrzała na mnie.-Znowu.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Rozdział 12

Kochani,
przepraszam za dwie godziny opóźnienia, ale nastąpiła nagła zmiana planów.
Mam nadzieję, że się spodoba :)
Pozdrawiam,
Cassandra

Gideon

Kiedy się obudziłem Gwen jeszcze spała, ale jak tylko się ruszyłem otworzyła oczy. Uśmiechnąłem się do niej.
-Dzień dobry.-powiedziałem cicho, a ona w odpowiedzi zamruczała przeciągle tłumiąc ziewnięcie i wtuliła się we mnie.
-Jeszcze pięć minut.-jęknęła.
Zaśmiałem się.
-Przecież nikt ci nie kazał wstawać. Jest dopiero wpół do ósmej.
-Więc czemu nie śpisz?
-Bo jako najstarsza i jedyna pełnoletnia osoba w tym domu powinienem odpowiedzialnie zrobić wam śniadanie.-zaśmiała się cicho.
-Znalazł się dorosły! Zwal to na Raphaela i poleż jeszcze ze mną...
-Demoralizujesz mnie, wiesz?-parsknęła, a ja ponownie ułożyłem się wygodnie obok niej i zamknąłem oczy.
-Zobaczysz, jeszcze wyjdzie ci ta demoralizacja na dobre.-znowu ziewnęła.-Co prawda nie jesteś już taki sztywny jak na początku, ale pozostawiasz jeszcze wiele do życzenia...-spojrzała na mnie z zadziornym uśmiechem.
-Uważaj, bo się obrażę i będę strajkować...-zagroziłem przybierając poważną minę.-A tobie ciężej będzie mnie podnieść niż na odwrót...
Uśmiechnęła się i zamknęła oczy, żeby po pięciu minutach znowu je otworzyć.
-Jesteś głupi.-stwierdziła, a ja spojrzałem na nią pytająco spod uniesionych brwi.-Rozbudziłeś mnie. 
Zaśmiałem się.
-To, co? Idziemy robić to śniadanie?

***

Gwendolyn
Weszliśmy po cichu do kuchni i Gideon wstawił wodę na kawę. 
-Na sto procent Raphael śpi teraz razem z Leslie na kanapie.-stwierdziłam.
-Wątpię.-powiedział.-Wyglądała raczej na nieugiętą.
-A chcesz się założyć?-zapytałam zadziornie.
-O co?-uśmiechnął się.
-Całus?
-Sprawdźmy.-powiedział cicho otwierając drzwi prowadzące z kuchni do dużego pokoju.
Tak jak przypuszczałam Leslie leżała na kanapie wtulona w Raphaela. Kiedy wycofaliśmy się do kuchni i zamknęliśmy drzwi spojrzałam na Gideona wyczekująco z triumfalnym uśmiechem na twarzy. Objął mnie w talii i pochylił się. Z ustami tuż przy moich powiedział:
-Zakłady z panią to czysta przyjemność...
-Z panem również...-nasze wargi się zetknęły i dopiero gwizd czajnika sprawił, że się od siebie odsunęliśmy.
-Jesteś głodna?-zapytał zalewając kawę wrzątkiem.
-Niespecjalnie.-powiedziałam.
-To może poczekajmy na nich jeszcze z pół godziny i jeśli nie wstaną to ich obudzimy i zagonimy do roboty.-zaproponował.

***

Dwie godziny później, kiedy już wyśmialiśmy Leslie i jej niekonsekwencję, zjedliśmy śniadanie i ubraliśmy się postanowiliśmy skorzystać z tego cholernego genu i pogadać z Lucy i Paulem o ich powrocie do naszych czasów. Podczas naszej wczorajszej wizyty ustaliliśmy, że najlepiej będzie jeśli Falk i cała reszta dowiedzą się już po fakcie, a jeśli coś nie wyjdzie cofniemy się po raz drugi i temu zapobiegniemy. Leslie i Raphael mieli spędzić kolejny jakże pożyteczny dzień obijając się w domu i pilnując chronografu i w momencie, kiedy Les pomagała mi zapiąć te idiotyczne guziczki na plecach do pokoju przez ścianę wleciał Xemerius.
-Xemerius!-zawołałam nie przejmując się Leslie i uśmiechnęłam się z ulgą-nie widziałam go odkąd przedstawiłam ich sobie z Gideonem.
-Wiem, wiem, ja też za tobą tęskniłem.-powiedział szczerząc się do mnie.-Pewnie zastanawiasz się czemu opuściłem cię na tak długo, co?
-Ciekawość mnie zżera...-zironizowałam udając ziewnięcie na co mój kochany gargulec zrobił urażoną minę.-No mów, mów.
-Kiedy ty obściskiwałaś się z tym durniem...
-Gideon nie jest durniem.-wtrąciłam, ale wiedziałam, że Xemerius chce mnie tylko trochę wyprowadzić z równowagi.
-Przemilczmy to. Więc, kiedy ty obściskiwałaś się z tym durniem ja przeleciałem się po Londynie i znalazłem miłość mojego życia... A właściwie nieżycia... Mniejsza z tym.
-Zakochałeś się?!-krzyknęłam podskakując, a Leslie aż się wzdrygnęła.
-Skoro już mnie ignorujesz, to chociaż stój spokojnie.-mruknęła.
-Jak ma na imię?
-Ta przepiękna gargulica nosi równie piękne imię... Którego nie znam.
-Jak to nie znasz?!
-No bo... ja ją tylko zobaczyłem na dachu jednego z kościołów i... bałem się podejść.-przyznał smutno.
-Och, Xemi... To znaczy Xemeriusie... Dlaczego?
-No, bo...Ona była taka ładna! A ja... Przy niej wydałem się taki zwyczajny, nijaki...
-Nie jesteś nijaki!-zaprzeczyłam gwałtownie i zrobiłam krok w jego kierunku, na co Leslie syknęła cicho z niezadowolenia.-A już na pewno nie zwyczajny! Obiecaj mi, że wrócisz tam, znajdziesz ją, a później zaprosisz na spacer czy coś i będziesz tak samo czarujący jak zawsze!-spojrzał na mnie niepewnie.-Obiecaj.
-Obiecuję.-powiedział cicho.
-Gotowe.-stwierdziła z ulgą Leslie i odsunęła się ode mnie.-Lećcie już do tego dwudziestego wieku i załatwcie to szybko, bo mam już dość tych sukienek.

***
Gideon
Po tym jak Lucy już wycałowała nas, wyściskała i usadziła w salonie powiedziała w końcu, że Paula nie ma i coś zatrzymało go w pracy, w wydawnictwie. 
-Więc...jak to sobie wyobrażacie?-zapytała.
-Co dokładnie masz na myśli?
-No... Nasz powrót. Znaczy, wiem jak miałoby to przebiegać, ale chodzi mi bardziej o to co wydarzy się po fakcie. Jak zareagują inni? Mówiliście komuś? Dużo się zmieniło?
-Dużo.-odparła ze śmiechem Gwen.-Jak na razie wiedzą tylko Leslie i Raphael. A co do reakcji, to... Mama na pewno się ucieszy. Falk na początku pewnie będzie wściekły, że mu nie powiedzieliśmy, ale przejdzie mu. A inni... Nie wiem. Wasi rodzice pewnie się ucieszą, ale nie wiem jak na przykład Lady Arista, po prostu nie umiem jej rozgryźć. Charlotta nie będzie zachwycona, bo po raz drugi ktoś wejdzie jej w paradę. Najpierw ja z tym genem, a teraz wy, z powrotem. Ciotka Glenda zrobi wszystko, żeby Charlotta była na pierwszym planie, wiec będzie raczej tej samej myśli, ale one są nienormalne, nie przejmuj się. Cała reszta będzie się cieszyć.-uśmiechnęły się do siebie.
-Szczerze mówiąc to nigdy nie lubiłam ciotki Glendy.-powiedziała Lucy.
-Nikt jej nie lubi.-stwierdziła Gwen.-Chociaż, może Gideon...-spojrzała na mnie prowokacyjnie.
-W życiu!-zaprzeczyłem szybko. Ta głupia krowa zawsze doprowadzała mnie do szału...
-No dobrze... A co się zmieniło?
-No wiesz...-zacząłem.-Są telefony komórkowe z dotykowym ekranem, płaskie telewizory, nakręcili masę dobrych filmów, napisali świetne książki. 
-Właśnie! Przecież wy zniknęliście przed "Harrym Potterem"!-krzyknęła Gwen, a Lucy spojrzała na nią dziwnie.
-Harrym jakim?
-Boże, to jest straszne. Gideonie, musimy ich ściągnąć z powrotem!
-Dobrze, Gwenny, spokojnie.-powiedziałem parskając śmiechem.-Dużo się zmieniło. Niektóre rzeczy są dla nas tak naturalne, że nie potrafimy ich tutaj wymienić, a dla was będą kompletną nowością. 
-A kim jest ten Harry?-chyba ten wybuch Gwen zadziwił i zainteresował ją najbardziej.
-To jest czarodziej.
-Postać fikcyjna.-wtrąciłem.
-Oj, cicho. To jest czarodziej, który musi pokonać największego czarnoksiężnika jaki kiedykolwiek istniał i próbuje to zrobić przez siedem lat. To jest jeden z najsłynniejszych cykli literackich i duża część późniejszych książek się na nim opiera. To są takie... Nowe "Opowieści z Narni"!-spojrzała na nas i zastygła w połowie podnoszenia rąk w kolejnym zamaszystym geście.-Zachowuję się jak piszcząca jedenastolatka, prawda?
-Tylko troszeczkę.
***
Gwendolyn
-O Boże...-westchnęłam wsiadając do samochodu Gideona.-Jak ja już bym chciała zobaczyć miny wszystkich kiedy Lucy i Paul wrócą...
-Szczególnie Falka.
-I Charlotty.-uśmiechnęliśmy się.
Gideon ruszył.
-Dawno nie byliśmy na żadnym balu.
-Tęsknisz za menuetem?-zironizowałam.
-Nie.-pokręcił głową z uśmiechem.-Za tobą w tamtych sukniach.-rzucił mi szybkie spojrzenie i wrócił zaraz wzrokiem do drogi. 
Nachyliłam się i cmoknęłam go w policzek.
-Ty też całkiem nieźle wyglądałeś w tych żabotach i innych falbankach.
Zaśmiał się i skręcił w odpowiednią ulicę.
-Myślisz, że jest sens prosić Falka, żeby nas na jakiś wysłał, czy urwie mi głowę jak tylko do niego podejdę? 
-Myślę, że lepiej nie ryzykować i iść najpierw do Madame Rossini, żeby nas poparła, a później zapytać pana George'a.
-Myślisz, że poparcie Madame Rossini coś da?-spojrzał na mnie z powątpiewaniem.
Prychnęłam.
-Nawet nie wiesz, jak Falk się jej boi. Opowiadała mi kiedyś jak chciał jej odebrać garderobę na dole, tą ze wszystkimi kostiumami. Porozmawiała z nim tylko raz. Od tamtego czasu prawie nigdy jej się nie sprzeciwia.
-W takim razie jutro złożymy wizytę naszej kochanej Madame Rossini.-stwierdził.
-Tylko ty się lepiej nie odzywaj. Nie przepada za tobą.
-Dzięki za szczerość.
-Do usług.


poniedziałek, 19 maja 2014

Smutna wiadomość

Kochani!
Obawiam się, że niestety z powodu ciągłych testów i nawału nauki związanego z końcem roku nie dam rady wstawić kolejnego rozdziału przynajmniej do czerwca :( 
Rok szkolny kończę 18, ale mam nadzieję, że uda mi się wcześniej coś napisać.
Pozdrawiam
Cassandra

środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 11

Gwendolyn
-Gwendolyn!
Znowu słyszałam jego głos. Myślę o nim cały dzień, nie mogę przez to zasnąć, a kiedy w końcu mi się uda słyszę go i widzę.
-Gwen!
Minęły trzy miesiące odkąd odszedł, a ja nadal myślę o nim przez dwadzieścia cztery godziny, ale to jest zrozumiałe. W końcu go kochałam. Nadal kocham.
-Gwenny!
Ale czy prześladowanie głosem zmarłego ukochanego nie zakrawa o chorobę psychiczną?
-Gwendolyn, do cholery! Otwórz oczy!
Co? Dlaczego on mi każe otworzyć oczy? Chyba jednak pójdę na tą terapię. 
-Gwendolyn!
Dlaczego coś mnie szarpie za ramiona? Przecież jestem tu zupełnie sama...

***

Gideon
-Gwendolyn!-zawołałem ją po imieniu po raz kolejny. 
Cała jej twarz tak jak poduszka i moja koszulka była mokra od łez. Płakała od pół godziny nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Cały ten czas próbowałem ją obudzić. Zasnęła podczas czytania. Teraz była trzecia nad ranem. Otworzyła oczy i wyglądała jakby nie wierzyła w to, co widzi. Później dotknęła dłonią mojego policzka i znowu wybuchnęła płaczem. Przytuliłem ją i poczekałem aż się uspokoi głaszcząc ją po plecach i powtarzając, że to był tylko sen. Kiedy podniosła głowę i na mnie spojrzała zapytałem:
-Co się stało?
Pociągnęła nosem.
-Śniło mi się... Śniło mi się, że nie żyjesz.-wciąż miała urywany oddech.
-Wiesz... W sumie to liczyłem na to, że pojawię się w trochę innym gatunku twoich snów, ale o gustach się nie dyskutuje...-posłałem jej lekki uśmiech unosząc brwi.
-Ale... To było takie realistyczne...-spuściła głowę.-Nawet nie zauważyłam, że zasnęłam. Zaczęło się tutaj. Powiedziałeś mi, że coś źle wyszło w badaniach, których potrzebowałeś, żeby dostać zwolnienie na uczelni. Okazało się, że... Że masz raka. Płuc. Pół roku leżałeś w szpitalu. Nic nie pomagało. Później...-nie potrafiła tego wydusić.-A kiedy mnie budziłeś myślałam, że znowu śni mi się, że cię słyszę. To... To było straszne.-wtuliła się we mnie.-Obiecaj.
-Co mam obiecać?-zapytałem obejmując ją i przyciągając do siebie mocniej.
-Obiecaj, że już nigdy mnie nie zostawisz.
Pocałowałem ją w czubek głowy.
-Obiecuję. 

***
Gwendolyn
-Gwenny, masz straszliwie zapuchnięte oczy.-powitała mnie Leslie na śniadaniu.-Coś się stało?
-Nie.-pokręciłam głową.-Wszystko w porządku. Po prostu źle spałam.-spróbowałam odwrócić jej uwagę.-Chyba zrobię kawę. Ktoś chce?
-Ja poproszę.-powiedziała moja przyjaciółka.
-Gwenny, usiądź. Ja zrobię.-wtrącił się Gideon całując mnie w czoło i sadzając mnie na krześle.
-Nie, nie trzeba.-posłałam mu słaby uśmiech i wstałam.-Dam radę.
-Pomogę ci.-zadeklarował się Raphael.-Wy idźcie nakryć do stołu. 
-Tak jest, szefie.-sarknęła Les, ale zaraz poszli wykonać polecenie młodszego de Villiers.
-Słyszałem.-szepnął Raphael stojąc obok mnie przy blacie i wyciągając z szafki cztery kubki. Spojrzałam na niego pytająco.-W nocy.-wyjaśnił.-Mam lekki sen. Na pewno wszystko w porządku?
-Tak.-zapewniłam go szybko.-Mógłbyś podać mi mleko?
-Co się stało?
-Nic. Naprawdę. Po prostu... Miałam straszny, cholernie realistyczny sen.
-A.-odparł krótko.-Już się bałem, że robiliście to i płakałaś, bo mój brat jest taki kiepski na jakiego wygląda. 
Parsknęłam śmiechem i trzepnęłam go w ramię. Zaśmiał się i w końcu zajął robieniem kawy.

***

-Oglądamy coś?-zapytała wieczorem Leslie padając na kanapę między mną i Raphaelem, który objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. 
-A jest coś ciekawego?-zapytał Gideon kładąc się na kanapie i układając głowę na moich kolanach.
-Z tego co wiem właśnie zaczyna się "Bad boys".-powiedział Raphael włączając telewizor i ustawiając na odpowiedni kanał.
Razem z Leslie jęknęłyśmy głośno. 
-Zapowiadali na dzisiaj też "Ps. Kocham Cię"!-przypomniała sobie moja przyjaciółka i triumfalnie chwyciła pilota zmieniając program. Właśnie się zaczęło.
-Hej!-zaprotestowali równocześnie-widać, że bracia.
-No co?-zapytałam.-Ostatnio było wasze. Teraz nasza kolej.
-Jakie nasze?-walczył Raphael.-Przecież oglądaliśmy "Pamiętnik"!
-A później?-dodałam unosząc brew.
-Yyy...
-Szklaną pułapkę.-powiedział zrezygnowany Gideon.-Wygrały, młody. 
-Cholera...-westchnął Raphael.
Po mniej więcej piętnastu minutach młodszy z braci zaproponował, że pójdzie po coś do picia. 
-Pomogę ci.-zadeklarował się Gideon i ruszyli razem do kuchni.
Nie wracali przez pół godziny. 
-No, ja pierdzielę. Naprawdę nie mogą obejrzeć z nami jednego romantycznego filmu?!-zbulwersowała się Leslie.
-Najwidoczniej nie.-odparłam.
-Strajkuję! Oglądamy z nimi WSZYSTKIE filmy jakie chcą, a oni nie mogą wysiedzieć nawet godziny na naszych. Nie śpimy dzisiaj z nimi.
-A gdzie?
-Tutaj.-poklepała ręką kanapę, na której siedziałyśmy.-Po tym odechce im się chodzenia po picie w czasie naszych filmów.
-Czy mi się wydaje, czy Raphael ci podpadł...?
-Strasznie się wiercił w nocy!
-Ale to ty zawsze się...
-Ciii... To i tak jego wina. Nie mogłam spać.
Zaśmiałam się. Można spróbować tego "strajku".

***
Gideon
-Minęła godzina. Przetrwamy do końca.-powiedziałem.-Chodźmy już, bo się wściekną.
-No dobra.-zgodził się Raphael i wyszliśmy z kuchni.
Postawiliśmy na stoliku butelkę coli, dzbanek z wodą i szklanki, a później usiedliśmy obok dziewczyn. Objąłem Gwen ramieniem, ale się wykręciła. Zdziwiło mnie to. Przysunąłem się bliżej i zacząłem bawić się jej włosami-wyjęła mi je z dłoni i przełożyła na drugą stronę. Kurde. Położyłem rękę na oparciu sofy za jej głową i pocałowałem ją w odsłonięte ramię-naciągnęła na nie podkoszulek i przysunęła się bliżej Leslie, która tak samo jak Gwen była całkowicie nieprzystępna.
-Jesteś zła?-zapytałem szeptem ustami prawie dotykając jej ucha.
-Nie.-pokręciła głową i odsunęła się jeszcze dalej.
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na ekran. Chyba nie pozostało mi nic innego jak obejrzenie tego do końca.

***
Gwendolyn
Po filmie poszłyśmy z Leslie do łazienki się przebrać. Kiedy wyszłyśmy Gideon tam wszedł, a Raphael poszedł odebrać telefon od mamy, która wciąż nie mogła zrozumieć dlaczego wyjechali tak wcześnie.Wprowadzając nasz (a właściwie Leslie) plan w życie wyruszyłyśmy na poszukiwania pościeli. Po przewaleniu kilku szafek i odnalezieniu w jednej cytryny, która od starości miała już "futerko" dopadłyśmy nasz cel. Udało nam się rozpracować jak rozłożyć sofę i położyłyśmy na niej prześcieradło kołdrę i poduszki. Wszystko wykonałyśmy w całkowitym milczeniu (poza momentem kiedy wyrwał nam się cichy okrzyk zdziwienia i obrzydzenia na widok owej cytrynki) jakby to była jakaś misja szpiegowska czy coś w tym rodzaju. Jedyne odgłosy jakie zakłócały ciszę był szum prysznica i Raphael przeklinający po francusku do telefonu (czyli swojej mamy). Wlazłyśmy pod kołdrę i wziąwszy uprzednio książki zaczęłyśmy czytać. Usłyszałam jak Gideon wychodzi z łazienki i otwiera drzwi do sypialni. Nie zastawszy mnie tam ruszył do salonu. Nagle jego kroki ustały.
-Gwen?-patrzył na mnie zaskoczony.
-Tak?-zapytałam nie podnosząc wzroku znad książki.
-Co wy robicie?
Dopiero wtedy uniosłam głowę. Gideon stał w drzwiach w samym ręczniku na biodrach, a z mokrych włosów woda spływała mu strumyczkami na plecy i klatkę piersiową.
-Czytamy.-odpowiedziała za mnie Leslie.
-Widzę... Ale dlaczego tutaj?
-Skoro nie chcieliście spędzić z nami czasu, pomyślałyśmy, że my nie chcemy z wami spać.-zakończyła wciąż nie odrywając wzroku od książki.
Gideon pokiwał powoli głową, a później krzyknął przez ramię:
-Raphael!
-Co?!-odkrzyknął mu ze swojej sypialni.
-Chodź tutaj!
-Tak, mamo, muszę kończyć! Gideon mnie woła! Oczywiście, teraz zrób mi wyrzuty, że porzucam cię dla brata. Mh-mhy. Tak, oczywiście! A jeśli to pożar?! Dobrze, wyślę ci smsa jak już się przez ciebie spalę. Ja jestem niekulturalny?! Dobrze, w takim razie porozmawiamy jak już się zmienię w kulturalnego, młodego Francuza!-rozłączył się stojąc już obok Gideona.-Jak ja mogłem tam mieszkać?! Jak?!-powiedział bardziej do siebie niż do nas.-Co się...? Co wy robicie?
-Dziewczyny strajkują. Nie chcą z nami spać.-wyjaśnił mu brat.
-Nie dziwię się, skoro stoisz tu w samym ręczniku. Każdego potrafisz zniechęcić.-Gideon trzepnął go po głowie.-Au, no dobra, już. Uspokój się, sadysto. Już rozumiem czemu Gwen nie chce z tobą spać.-uchylił się przed jego ręką.-No dobra, uważaj, bo ci ręcznik spadnie. Widzisz, Les? Gwenny ma swoje powody, ale ty? Przecież ja jestem grzeczny! Śpię całą noc na skrawku łóżka, kiedy się rozwalisz, nie zabieram ci kołdry, przytulam cię...
-Nie możesz wytrzymać jednego naszego filmu nie wstając...-dodała.
-O to wam chodzi?!-zapytali równocześnie.
-Możliwe...-odparła Leslie.
-Nigdy nie zrozumiem kobiet...-jęknął Raphael.
-"Żeby być szczęśliwym z mężczyzną, trzeba go bardzo dobrze rozumieć i trochę kochać; żeby być szczęśliwym z kobietą, trzeba ją bardzo kochać i nawet nie próbować zrozumieć."-zacytowałam cicho.
-Czyli nie macie zamiaru się stąd ruszyć?-zapytał zrezygnowany Gideon. Pokręciłyśmy głowami.-Cholera...-teraz to on pokręcił głową.-Dobra, idę się ubrać i się kładę. Jakbyś zmieniła zdanie, Gwen, to wiesz gdzie mnie szukać.
I wyszedł. Raphael poszedł w jego ślady. Jakiś czas później odłożyłyśmy książki i zgasiłyśmy światło. Leslie jak zawsze usnęła w pięć minut, a ja przewracałam się z boku na bok i nie mogłam znaleźć odpowiedniej pozycji. Brakowało mi Gideona i jego ramienia. Cholera, co ja zrobię, kiedy trzeba będzie wrócić do domu... Dobrze, że mama jest na tym wyjeździe z pracy. Po kolejnym kwadransie przewracania się z boku na bok pomyślałam sobie: Dość. Leslie śpi. Ja idę do Gideona. I wstałam i poszłam po cichu, na palcach przez korytarz. Było całkowicie ciemno, ale nie chciałam włączać światła. Nagle usłyszałam skrzypnięcie podłogi jakieś dwa metry przede mną. W pierwszym odruchu podskoczyłam i chciałam pisnąć ze strachu, ale "ten ktoś" zatkał mi buzię ręką. Spanikowana próbowałam dostrzec, kto to jest, bo oczywiście nie przyszło mi do głowy najprostsze i najbardziej realne rozwiązanie...
-Ciii...-usłyszałam głos Gideona tuż przy moim uchu.-Spokojnie, przecież nic ci nie zrobię.-odetchnęłam z ulgą. Czując, że się rozluźniłam odwrócił mnie do siebie przodem i zabrał dłoń z moich ust. Pocałował mnie delikatnie.-Właśnie szedłem, żeby cię odbić.-zaśmiałam się.-Serio. Jakbyś nie chciała iść miałem zamiar wziąć cię na ręce i zanieść do sypialni.
-Ja też szłam do ciebie.-powiedziałam wtulając się w niego.-Nie lubię już bez ciebie spać. Jakoś tak... pusto.-zaśmiał się i puścił mnie na chwile, by zaraz wziąć mnie na ręce. Pisnęłam cicho, a on (ponieważ nie miał wolnej ręki) zamknął mi usta pocałunkiem.-Co ty robisz?-zapytałam kiedy już skończył mnie uciszać.
-Tak będzie bardziej... Romantycznie.-stwierdził i mimo, że tego nie widziałam, wiedziałam, że się uśmiecha.
-Znalazł się, Casanowa od siedmiu boleści.-stwierdziłam śmiejąc się cicho, a Gideon zdążył w tym czasie wejść do sypialni i zamknąć za nami drzwi.
Położył mnie na środku łóżka i nachylił się, tak że był tuż nade mną.
-Casanowa miał wiele kobiet...-mówiąc to delikatnie całował moją szyję.-A mnie...-przesunął swoje usta, tak że prawie stykały się z moimi i spojrzał mi w oczy.-Wystarczy tylko jedna.
Uniosłam trochę głowę i pocałowałam go namiętnie. Trwało to kilka minut. Wsunęłam dłonie pod jego koszulkę, a on jęknął cicho wciąż nie przerywając pocałunku. Gładziłam palcami jego plecy i gładki, umięśniony brzuch. Kiedy przesunęłam dłonie trochę wyżej odsunął się ode mnie i wyciągnął je spod koszulki. Przetoczył się na plecy obok mnie. Zaskoczona i trochę zawiedziona uniosłam się na łokciach i spojrzałam na niego.
-Zrobiłam... Zrobiłam coś nie tak?-zapytałam niepewnie nagle czując wstyd i zażenowanie swoim zachowaniem.
Pokręcił głową wciąż oddychając szybko.
-Nie, Gwenny.-zapewnił mnie odwracając głowę.-Wszystko w porządku.
-Nie, nie jest w porządku.-zaprzeczyłam.-Za każdym razem kiedy jesteśmy w takiej sytuacji po chwili się odsuwasz. Dlaczego?-przypomniałam sobie wyjaśnienie Gideona z mojego ostatniego snu.-Czy ty po prostu nie chcesz...
Znowu pokręcił głową. Spojrzał na mnie z czułością i ujął moją twarz w dłonie uprzednio obracając się na bok i podpierając na łokciach.
-Gwenny, ja... Po prostu się boję.-spojrzałam na niego zdumiona.-Boję się, że za którymś razem nie zdołam się powstrzymać. Masz dopiero niecałe siedemnaście lat...-spuściłam wzrok. Czyli chodziło o mój wiek.-Kocham cię. Bardziej niż cokolwiek i kogokolwiek innego na świecie, ale... Może powinniśmy jeszcze poczekać...-podniosłam głowę. Wciąż patrzył na mnie z tą samą miłością w oczach.-Spójrz... Lucy musiała być młodsza od ciebie, kiedy zaszła w ciążę. Musieli to ukrywać... Wiem, że w naszym przypadku niekoniecznie musiałoby się to tak skończyć, ale... Po pierwsze: mimo, że zawsze bym cię wspierał i nigdy bym cię nie zostawił, nie chciałbym żebyś była w takiej sytuacji. Musiałabyś rzucić szkołę, męczyć się, ludzie patrzyliby na ciebie dziwnie... Nie dopuściłbym do tego. Po drugie: twoja mama mogłaby umrzeć na zawał gdyby się dowiedziała, że kolejne pokolenie zrobiło dokładnie to samo. I po trzecie... Paul z pewnością by mnie zamordował.-przy tym ostatnim uśmiechnęłam się i Gideon widząc to zrobił to samo.-Po prostu... poczekajmy jeszcze chwilę, dobrze? Chcę być pewny, że będziesz gotowa... Choćby miało to nastąpić za dwa lata.-zaśmiałam się.
-Masz rację. Poczekajmy.-powiedziałam i wtuliłam się w niego.
-Idziemy spać?-zapytał całując mnie w czoło.
Pokiwałam głową. Przesunęliśmy się do wezgłowia i Gideon wyciągnął spod nas kołdrę. Ułożyliśmy się twarzami do siebie. Położyłam głowę na jego ramieniu, którym mnie objął i teraz głaskał kojąco po plecach. Drugim przyciągnął mnie bliżej kładąc je na mojej talii. Objęłam go jedną ręką w pasie, a drugą podkuliłam i oparłam o jego pierś. Spletliśmy nawet swoje nogi. Leżały jedna na drugiej, na zmianę. Na koniec Gideon otulił nas szczelnie kołdrą i pocałował mnie znowu w czubek głowy.
-Kocham cię.-szepnął.
-Ja ciebie też.-powiedziałam i ziewnęłam.-Dobranoc.
-Dobranoc.

sobota, 5 kwietnia 2014

Rozdział 10

Gwendolyn

Wracając do domu Gideona razem z Leslie i Raphaelem wciąż ociekaliśmy wodą. Po wejściu wzięłam suche ubranie i poszłam się przebrać do łazienki, a Gideon zrobił to samo jak wyszłam. Usiedliśmy przy stole w kuchni, gdzie pozostała dwójka przygotowała herbatę.
-No wiec?-zapytał Gideon.-Co was skłoniło do wyjazdu? Oczywiście poza dziwactwami mamy i irytującym sposobem bycia pana Bertelin.-dodał z lekkim uśmiechem.
-W sumie to... Właśnie to wszystko co wymieniłeś.-odparł Raphael również się uśmiechając.-No i nie pozwoliła nam spać w jednej sypialni. Chyba właśnie to przeważyło.
Całą czwórką parsknęliśmy śmiechem.
-A wy?-wtrąciła Leslie.-Co robiliście?
-Głównie się obijaliśmy.-stwierdziłam. Gideon odnalazł pod stołem moją nogę i delikatnie zaczął jeździć swoją dłonią po moim kolanie. Spojrzałam na niego kątem oka i dostrzegłam wesołe ogniki w oczach i uśmiech, który wiedziałam, że jest skierowany tylko do mnie.
-Nie tylko.-dodał, tak że zabrzmiało to dość dwuznacznie.-Byliśmy u Lucy i Paula. Najprawdopodobniej znaleźliśmy sposób na przywrócenie ich do naszych czasów.
-To cudownie!-krzyknęła Leslie.
-A Lucy jest w ciąży.
-Jeszcze lepiej!-ekscytowała się moja przyjaciółka.-Będziesz miała malutką siostrzyczkę!
-Bez dyskryminacji płciowej, proszę.-oburzył się Raphael, a Gideon chyba nie za bardzo jej słuchał, ponieważ był zajęty dokładnym badaniem mojej nogi.
Zacisnęłam zęby, żeby stłumić pomruk zadowolenia, który cisnął mi się na usta. Widząc, że się spięłam zabrał rękę. Spojrzałam w jego stronę i zauważyłam, że uśmiech zniknął, a w oczach czaił się lekki niepokój. Chyba myślał, że jestem na niego za to zła, albo że zrobił coś złego. Odnalazłam pod stołem jego dłoń i ścisnęłam ją mocno dając znak, że wszystko w porządku. Uśmiechnęłam się do niego ciepło, a on odwzajemnił oba gesty. Żadne z pozostałej dwójki tego nie zauważyło, ponieważ byli zbyt zajęci rozmową na temat wzajemnej dyskryminacji płciowej.

***

Leslie została na noc. Przez resztę dnia Gideon droczył się z nimi, że w takiej sytuacji Raphael będzie spał na kanapie, ale w końcu wylądowali w jednym pokoju. Kiedy w końcu się położyliśmy było po północy. Gideona oparł się plecami o zagłówek, a ja o niego. Przez chwilę wierciłam się szukając wygodnej pozycji. W końcu objął mnie ramieniem w pasie i przytrzymał szepcząc mi do ucha:
-Jeśli nie przestaniesz się wiercić, to wyląduję na kanapie jeszcze zanim będziemy małżeństwem.-uśmiechnęłam się ciesząc, po raz kolejny, że myśli o nas poważnie i przestałam się kręcić. 
Mruknął zadowolony i sięgnął po nasze książki leżące na stoliku nocnym. Podał mi moją i sam pogrążył się w lekturze. Poszłam w jego ślady, jednak nie mogłam się skupić i postanowiłam "zemścić się" za to przy stole. Uśmiechając się pod nosem delikatnym ruchem, ledwie go dotykając opuszkami palców zaczęłam gładzić wewnętrzną stronę jego ręki. Kiedy dotarłam do zgięcia łokcia usłyszałam jak wciąga powietrze z cichym sykiem. Zadowolona, że tak na niego działam posunęłam się dalej. Odwróciłam się do niego twarzą i pocałowałam w usta. Wyjęłam mu książkę z ręki i wsunęłam jedną dłoń w jego włosy. Drugą ściągnęłam mu okulary do czytania (o których swoją drogą dowiedziałam się dopiero wczoraj) a on przyciągnął mnie do siebie, tak że praktycznie na nim leżałam (znowu). Odsunęłam się i przetoczyłam na swoją stronę. Spojrzał na mnie z mieszaniną zdziwienia i zawodu. Uśmiechnęłam się.
-To za to pod stołem.
Znowu zobaczyłam w jego oczach ten niepokój. Przekręcił się na bok i podparł głowę jedną ręką, a drugą dotknął mojego policzka. 
-Gwen, ja...
-Spokojnie.-przerwałam mu z ciepłym uśmiechem.-Tylko żartowałam.-nadal jednak widziałam to w jego oczach.-Naprawdę, bardzo mi się podobało.-zapewniłam, lecz nic to nie dało.
Przysunęłam się i ujęłam jego twarz w dłonie. 
-Co się dzieje?-zapytałam zmartwiona.
-Nic.-odparł wymijająco, odwracając wzrok.
-Spójrz na mnie.-poprosiłam, a on to zrobił, choć widziałam ból w jego oczach.-Co się dzieje.-powtórzyłam.
Westchnął.
-Gwen... ja naprawdę cię kocham. Nigdy nikogo tak bardzo nie kochałem. I chciałbym ci to pokazać, ale nie wiem... czy ty tego chcesz i czy jesteś na to gotowa... Chciałbym ci pokazać ile dla mnie znaczysz... Póki mogę.
-Co to znaczy: Póki mogę?-spojrzałam na niego zdezorientowana.-Zawsze będziesz mógł.
-Obawiam się, że nie...-spuścił wzrok.
Spojrzałam na niego nic nie rozumiejąc.
-Jak to nie?
-Gwendolyn... przed wyjazdem, musiałem załatwić zwolnienie na uczelnie. Poszedłem do lekarza, zrobili mi rutynowe badania. Coś wyszło nie tak. Zrobili kolejne badania. Pokazały jakieś zmiany w płucach. Pamiętasz jak mieliśmy poddać się elapsji w zeszłą środę, a ja w ostatniej chwili zadzwoniłem, że mnie nie będzie, bo muszę załatwić coś na uczelni?-pokiwałam głową teraz już naprawdę przerażona.-Byłem na tomografii.
Przełknęłam nerwowo ślinę i mój oddech przyspieszył.
-Co z wynikami?
-Nie wiem.-spojrzał mi w oczy.-Nie wiem czy chcę znać prawdę. Boję się je odebrać.
-Ale... Przecież w ogóle nie powinno być tych zmian! Po pierwsze masz dopiero dziewiętnaście lat! Przecież przed tobą całe życie!-chciałam, żeby się zaśmiał i powiedział, że to był tylko bardzo głupi żart.-Po drugie przecież zjadłeś ten głupi kamień! Powinieneś być cholernie nieśmiertelny!-mój głos wyraźnie stał się znacznie wyższy niż zazwyczaj. Dotykałam dłońmi całej jego twarzy. Chciałam sprawdzić, czy wciąż tu jest. Wszystko dlatego, że obawiałam się najgorszego.
-Widocznie jego działanie się wyczerpało. Po tych postrzałach. Gdyby działał nie powinno być nawet żadnych objawów.
Oczy napełniły mi się łzami. Dlaczego?
-Pojedziemy po nie jutro.-powiedziałam zdecydowanie.-Jeśli... Jeśli coś się dzieje trzeba zacząć leczyć to jak najszybciej, prawda?
Pokiwał głową i przytulił mnie mocno przyciągając do siebie. Odczekałam, aż jego oddech stanie się równy i zaśnie. Wtedy pozwoliłam łzą popłynąć. Myśl o tym, że mogłabym go stracić jest nie do zniesienia! Po jakimś czasie zasnęłam zmęczona płaczem i tym co się dzisiaj dowiedziałam.

***

Minęło pół roku. Okazało się, że Gideon ma raka płuc. Nie można go wyleczyć. Nic nie pomaga. Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Codziennie przychodzę do szpitala, żeby być z nim jak najwięcej. Póki mogę. Ledwo mówi. Prawie nie może samodzielnie oddychać. Jego mama przeprowadziła się z powrotem do Anglii, jednak ja spędzam przy nim znacznie więcej czasu niż ona. Raphael często mi towarzyszy, ale widok cierpiącego brata jest dla niego ciężki. Tak samo jak dla mnie. Ale ja wiem, że muszę przy nim być. Za bardzo go kocham, żeby móc go opuścić. Mimo, że nie może teraz dużo zrobić, szybko się męczy i dużo czasu spędza śpiąc wiem, że zabolałoby go gdybym nie przychodziła, gdybym go opuściła. Wiem, ponieważ już teraz czuję ból kiedy o nim myślę. Bo w części już mnie opuścił. Teraz siedziałam obok jego łóżka i trzymałam go za rękę, mimo że spał. Próbowałam czytać, ale pikająca aparatura cały czas przykuwała moją uwagę, a ja patrząc na nią nie mogłam powstrzymać łez. Każde uderzenie serca, każdy cicho świszczący oddech przybliżał nas do końca. Co ja wtedy zrobię? Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez niego. Czy jeśli odejdzie będę w stanie ułożyć je sobie z kimś innym? Wątpię. Zawsze będę kochać jego, i tylko jego. Bez Gideona nic nie miało sensu. Poczułam, że ściska moją dłoń. Spojrzałam nie niego i spróbowałam się uśmiechnąć. Odpowiedział mi tym samym słabym uśmiechem, co zawsze przez ostatnie miesiące. Pociągnął mnie za rękę, żebym położyła się obok niego. Zrobiłam to, a on uniósł dłoń do mojej twarzy i otarł mi łzy z policzków. Przysunął się bliżej i wyszeptał z wysiłkiem:
-Kocham cię.
Po raz kolejny tego dnia zaczęłam płakać. Za każdym razem kiedy to mówił brzmiało to jak pożegnanie. Przytulił mnie do siebie. Wiem, że to ja powinnam go wspierać, i próbuję, ale to jest dla mnie za dużo. Po chwili sama jednak otarłam oczy. Przysunęłam swoją twarz do jego i pocałowałam go w policzek i później w czoło. 
-Ja też cię kocham. Zawsze będę. Nigdy nie przestanę.
Teraz to Gideonowi oczy zaszły łzami. 
-Ja też.-chciał powiedzieć, ale nie mógł. Wyczytałam to z jego ust. I oczu.

***

Następnego dnia zmarł. W szpitalnym łóżku. Przy Raphaelu, Falku, jego mamie i mnie. Trzymałam go za rękę. Czułam jego słaby puls do samego końca. Jego ostatnie spojrzenie było skierowane na mnie. Poruszył ustami. Chciał powiedzieć: "Kocham cię". To również było do mnie. Później uśmiechnął się lekko resztkami sił i zamknął oczy. Pikanie aparatu ustało. Przez chwilę patrzyłam na jego nieruchomą twarz, opuszczone powieki, usta, które kiedyś całowałam, a które teraz na zawsze już zastygły w tym delikatnym uśmiechu. Usłyszałam jak jego mama szlocha, a Falk ją pociesza. Do Raphaela chyba tak jak do mnie jeszcze nie całkiem to dotarło. Kiedy spojrzałam na nasze wciąż złączone ręce zrozumiałam, że to koniec. Nie będzie już więcej nas, Gideona i Gwendolyn, Diamentu i Rubinu. Koniec. Łzy zaczęły niepohamowanie płynąć mi po policzkach. Wkrótce zaczęłam też szlochać. Przycisnęłam jego zimną dłoń do ust i ucałowałam jego palce. Później wtuliłam twarz w jego ramię. Poczułam, że ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Wiedziałam, że to Raphael. Przysiadł na krześle, z którego nie wiem kiedy spadłam, i przytulił mnie mocno. On też płakał. Przyszli lekarze. Siłą odsunęli mnie od niego, a ja zaczęłam szlochać jeszcze bardziej. Obróciłam się twarzą do Raphaela i ukryłam ją w jego koszuli. Znowu mnie przytulił. Płakaliśmy razem. To jedyne co mogliśmy zrobić.