poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Od Cass

Kochani, nie myślcie, że zignorowałam Wasze pytania, prośby i groźby, po prostu jakoś nie mogłam skończyć tego rozdziału. Teraz już prawie mi się udało i najprawdopodobniej wrzucę go dzisiaj albo jutro, jedynym problemem jest to, że dzisiaj wylatuję na Wyspy Kanaryjskie i przez to będę miała trochę opóźnienia. 
Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, bardzo dużo dla mnie znaczą :)
Wiem, że pisałam, że rozdział będzie do zeszłego piątku... Od dzisiaj przysięgam nigdy więcej nie obiecywać Wam żadnych terminów. Za każdym razem, kiedy to robię, jakoś nie udaje mi się wyrobić. Na hasło "termin" moja wena najwyraźniej ucieka ;) 
Dziękuję, że dalej czekacie i mam nadzieję, że nie zawiodę Was tym rozdziałem :)
Pozdrawiam,
Cassandra

środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 20

Kochani,
w ramach "pokuty" za tak długą przerwę między ostatnimi rozdziałami, ten wrzucam już teraz :)
Bardzo szybko i lekko mi się go pisało, mam nadzieję, że Wam też się spodoba :)
Już jutro biorę się za pisanie kolejnego - trzeba korzystać, póki jest wena.
Cassandra
 
Gwendolyn
Odkąd dowiedziałam się, dlaczego hrabia mnie porwał minęły trzy tygodnie. Odkąd zaczęłam z nim współpracować - dwa. Przez pierwsze dni w ogóle nie wychodziłam z pokoju. Trzy razy dziennie strażnik przynosił mi jedzenie, ale i tak niewiele z tego jadłam. Zastanawiałam się jakie mam szanse na wybrnięcie z tej sytuacji. Biorąc pod uwagę, że nie wiem nawet w jakiej części świata jestem, zamknęli mnie w pokoju bez okien, za drzwiami czeka na mnie strażnik, a w tym samym budynku znajduje się kilkusetletni facet, który za wszelką cenę chce, żebym urodziła mu dziecko, jedynym co mogłam zrobić było zyskanie trochę czasu. Pozostawało mi tylko liczyć na to, że Loża jakoś dowie się gdzie jestem i zdąży przybyć na czas... Bo co innego mogłam zrobić? 
Każdego dnia po obiedzie do mojego pokoju przychodził strażnik z chronografem i poddawałam się elapsji. Kiedy tylko zobaczyłam w tym moją jedyną szansę na ucieczkę, okazało się, że nawet kilkadziesiąt lat temu ten pokój był bardzo dobrze strzeżony. 

W końcu podjęłam decyzję - muszę grać na czas. Ponownie elegancko się ubrałam i zapukałam w drzwi. Zaraz otworzył mi strażnik i powtórzyła się sytuacja sprzed tygodnia. Hrabia już czekał w jadalni, kiedy weszłam. 
- Gwendolyn - powiedział zaskoczony i wstał od stołu. - Nie spodziewałem się ciebie tutaj.  
Wzięłam głęboki oddech.
- Przemyślałam to wszystko i... Masz rację, zareagowałam zbyt gwałtownie. To był dla mnie szok, tak dużo się wydarzyło w ciągu ostatnich dni...
- To było całkiem naturalne, moja droga. 
- Może rzeczywiście powinniśmy zacząć od początku. - powiedziałam pewnym głosem i musiałam panować nad myślami, żeby nie zboczyły z tematu.
Miał bardzo zdziwioną minę, brwi wysoko uniesione, oczy szeroko otwarte, ale po chwili się do mnie uśmiechnął.
- Cieszę się, że tak myślisz. Usiądź, proszę. Zaraz będzie kolacja. - zrobiłam to i on też wrócił na swoje miejsce. 
- Jest jednak kilka rzeczy, które chciałabym ustalić. 
- Zajmiemy się tym po deserze. - skinęłam głową na znak zgody i weszli mężczyźni z tacami.
Kiedy zjedliśmy, przeszliśmy do salonu, tak jak ostatnio, i hrabia stanął przy barku.
- Pozwól, że tym razem naleję ci białego wina - plama sprzed tygodnia jeszcze nie zeszła. 
- Przykro mi. - powiedziałam, choć w myślach uśmiechałam się złośliwie. Zaraz jednak się opanowałam - przecież może bez problemu je odczytać.
- Więc, co chciałaś omówić, Gwendolyn? - zapytał, kiedy już zasiadł w fotelu ze szklanką whiskey.
Wzięłam głęboki oddech.
- Masz całkowitą rację. Z tym dzieckiem. To mogłoby być coś cudownego. - patrzyłam, jak uśmiech na jego twarzy powiększa się wraz z penetrowaniem mojej głowy w poszukiwaniu śladów kłamstwa - nic tam nie znalazł, dobrze się pilnowałam. - Jednak mam kilka warunków. - uniósł brwi w oczekiwaniu. - Chciałabym, żeby to dziecko było... Poczęte w sposób naturalny i zgodny ze starymi obyczajami. Od kilku lat już o tym myślałam i zawsze chciałam zachować czystość do ślubu... 
- Chcesz mi powiedzieć, że jesteś... Dziewicą? - zapytał naprawdę zaskoczony. 
- To aż takie dziwne? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie, trochę zbita z tropu.
- Nie, to bardzo dobrze, ale... Po prostu byłem przekonany, że ten chłopak...
- Nie. - ucięłam szybko, zanim zdążył zgłębić temat Gideona. Nie mogłam teraz o nim myśleć. - I nie chciałabym też, żeby ślub był ot tak. Chcę cię najpierw poznać, dowiedzieć się czegoś o tobie, jesteś taki tajemniczy... Musisz dać mi szansę oswoić się z tą nową sytuacją, otoczeniem... Sam doskonale wiesz, jak to działa... - przesunęłam się na kanapie bliżej jego fotela. - Powiedziałeś kiedyś, że doskonale wiesz, jak rozkochać w sobie kobietę... Jeśli ci się uda, bez żadnych przeszkód zostanę twoją żoną i urodzę ci dziecko, ale... Chcę, żeby to wszystko było z miłości, a nie przymusu.
Wciągnął gwałtownie powietrze i powiedział:
- Cóż, Gwendolyn... Nie spodziewałem się takich... Warunków. Muszę przyznać ci rację, o wiele łatwiej byłoby, gdybyśmy żyli w zgodzie... A co z Gideonem?
Ledwo się powstrzymałam przed powiedzenie, że jakoś mało go obchodził, kiedy mnie porywał...
- Przemyślałam to... Ostatnie miesiące były dość... Nudne. Ten związek jest tylko wygodny. Na samym początku była adrenalina, jedna akcja za drugą, tu pogoń, ucieczka, walka na szpady, a teraz... Naszą jedyną rozrywką jest oglądanie filmów i czytanie książek. Nie mamy zbyt wielu wspólnych tematów do rozmowy, to się robi męczące, nudne. A ty... Tyle widziałeś, przeżyłeś, słyszałeś... Razem z tobą otwiera się tyle nowych możliwości, to naprawdę niesamowite. Chciałabym wiedzieć wszystko to, co ty... Moje życie nareszcie stałoby się ciekawe...
- Tak myślałem, że ten chłopak na ciebie nie zasługuje...
- Jesteś znacznie lepszą opcją... Taki doświadczony... Dorosły... Męski... Przy tobie Gideon to zwykły dzieciak. 
- Z pewnością masz rację. - powiedział z uśmiechem. - Zgadzam się na twoje warunki.
- Cieszę się, ale... Właściwie jest jeszcze coś...
- Tak?
- Chciałabym móc swobodnie poruszać się po budynku. Te straże przed drzwiami są trochę irytujące, szczególnie, że nie rozumieją, co do nich mówię. 
- Na razie, niestety, nie mogę się na to zgodzić. Musisz zdobyć moje zaufanie, Gwendolyn. Obiecuję ci, jednak, że osobiście cię jutro oprowadzę i zawsze będziesz mogła poprosić strażników, żeby cię gdzieś zaprowadzili. Od jutra postawię tam takich, którzy znają angielski.
- Dziękuję. - odparłam, choć nie byłam szczególnie zadowolona. Liczyłam, że uda mi się jakoś stąd jednak wydostać. - Chciałabym też, żebyś przestał penetrować moją głowę. Nie lubię tego uczucia, szumi, jak po zbyt dużej ilości alkoholu i uważam, że to lekkie nadużycie. Jak mamy budować wzajemne zaufanie, jeśli naruszasz moją prywatność i próbujesz czytać mi w myślach?
Westchnął ciężko.
- Masz rację, Gwendolyn, to niezbyt przyjemne. Postaram się tego nie robić, dobrze?
Skinęłam głową.
- Czy mogłabym wrócić już do siebie? Jestem trochę zmęczona.
- Oczywiście, odprowadzę cię. 
Kiedy dotarliśmy już pod drzwi mojego pokoju (tym razem nie miałam opaski na oczach) ucałował moją dłoń i powiedział:
- Jeszcze ci nie powiedziałem, że wyglądasz naprawdę zjawiskowo. 
- Dziękuję. - odparłam z lekkim uśmiechem, chociaż w środku skręcało mnie z obrzydzenia.
- Widzimy się jutro o dziewiątej na śniadaniu, a potem cię oprowadzę i spędzimy dzień razem - w końcu musimy się poznać, nieprawdaż?
- Dobranoc.
- Dobranoc, Gwendolyn.
Weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi, a strażnik zaraz je zaryglował. Usiadłam na skraju łóżka i westchnęłam ciężko.
- Bóg mnie pokarze za te wszystkie kłamstwa...

Wzdrygnęłam się na wspomnienie tamtego wieczoru.
- Wszystko w porządku, skarbie? - zapytał, patrząc na mnie z troską (nie sądziłam, że to możliwe, a jednak...).
- Tak, oczywiście. - uśmiechnęłam się do niego. - Po prostu się zamyśliłam, co mówiłeś?
- Że po lewej mamy staw z liliami, który tak ci się podobał.
- Och, rzeczywiście.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni dużo mi o sobie opowiadał, miał naprawdę ciekawe życie, no ale czego się spodziewać po ponad trzystu latach. W gruncie rzeczy nawet polubiłam jego towarzystwo... Od razu zganiłam się za tę myśl. Chyba zaczyna się u mnie syndrom sztokholmski... Oczywiście zdaję sobie sprawę kim on jest i czego ode mnie chce, ale mogło być gorzej. Mimo wszystko zawsze wyczekuję momentu, kiedy już odprowadzi mnie do pokoju i zostanę sama. Za każdym razem, kiedy już nie daję rady z tym wszystkim zamykam się pod prysznicem i odkręcam wodę. Wtedy nie słychać mnie ani nie widać i mogę w spokoju płakać. I myśleć o Gideonie. Boże, naprawdę nie chciałabym przeżywać tego, co on. Ja przynajmniej wiem gdzie jest i że nic mu nie grozi, a on? Nie wie nic i nic nie może zrobić. Chyba że Loży udało się jakoś rozpracować Bertrama.
- Co chwilę mi dzisiaj odpływasz, moja droga. Coś cię dręczy?
- Nie, tylko... Zastanawiam się, co dzisiaj założyć. Mówiłeś, że to będzie specjalny wieczór. - wybrnęłam szybko, posyłając mu uśmiech.
- O to się nie martw, kochana. W pokoju już czeka na ciebie sukienka, którą sam wybrałem. Będziesz w wyglądała cudownie i doskonale nada się do tańca.
- Będziemy dziś tańczyć? - zaciekawiłam się.
- Zobaczymy, czy Loża chociaż tym umie się zająć. - zaśmiałam się lekko, bo dobrze wiedziałam, że tego oczekuje. Uwielbiał ich krytykować, szczególnie po tym, jak zamknęli go w lochach.
- O której się dziś spotkamy?
- O dziewiętnastej. Przed kolacją potańczymy, a potem zjemy. Specjalnie kazałem przygotować salę balową, pamiętam jak ci się podobała.
- Dziękuję. Skoro mam być gotowa na dziewiętnastą, to lepiej jeśli zacznę już teraz, mógłbyś mnie zaprowadzić do pokoju?
- Oczywiście, Gwendolyn.
Zawsze używał mojego pełnego imienia. Nigdy go nie skracał i bardzo dobrze. Za to denerwowały mnie te wszystkie "skarby", "moje drogie" i inne "kochania".
Rzeczywiście na moim łóżku już czekał pokrowiec z sukienką w środku, ale stwierdziłam, że najpierw wezmę prysznic.

***
Gideon
 Minęły trzy tygodnie, a my nadal nie mieliśmy żadnego tropu. Właściwie w domu tylko spałem, resztę czasu spędzałem w Loży. Tylko jednego dnia nie przyjechałem. Dostałem strasznej gorączki i Raphael razem z Leslie zagrozili mi przywiązaniem do łóżka, jeśli będę chciał gdziekolwiek wyjść. 

Obudził mnie jakiś hałas z kuchni. Leżałem na kanapie w salonie, musiałem zasnąć, bo za oknem już się ściemniało. Wstałem i od razu zakręciło mi się w głowie, ale zignorowałem to i poszedłem do kuchni. 
- Przepraszam za ten hałas, nie chciałam cię obudzić. - powiedziała, kiedy mnie zobaczyła.
- Co ty tu robisz, Charlotto? - zapytałem, marszcząc brwi.
- Usłyszałam, że jesteś chory i pomyślałam, że ci coś ugotuję, żebyś się nie męczył.
- Naprawdę, nie musisz. 
- Ale chcę.
- Ale ja nie chcę, żebyś tu była.
Podeszła do mnie i położyła mi dłoń na czole.
- Bredzisz przez temperaturę, Gideonie. Idź się lepiej połóż, a ja przygotuję ci kompres i kolację.
- Charlotto, chcę, żebyś wyszła. 
- Daj mi zrobić coś miłego. Wiem, jak ci teraz ciężko, chcę ci pomóc.
Westchnąłem ciężko i wróciłem do salonu na kanapę. Jakiś czas później obudziłem się i zobaczyłem nad sobą twarz Charlotty. 
- Ciii... - powiedziała, kładąc mi zimny ręcznik na czole. - Śpij dalej. - zdjęła koc, którym się przykryłem. 
- Co ty robisz? - zapytałem, wciąż nie do końca przytomny.
- Na pewno jest ci gorąco, śpij, nic się nie martw... - zaczęła podwijać moją koszulkę.
- Co ty wyprawiasz?! - teraz już całkiem rozbudzony poderwałem się do pozycji siedzącej i odepchnąłem jej ręce.
- Naprawdę mam to powiedzieć prosto z mostu? - nie czekała na odpowiedź. - Kocham cię, Gideonie. I wiem, że ty mnie też.
-  Charlotto, o czym ty mówisz?!
- Wiem, że było nam ciężko, wszystko przez Gwendolyn, zawsze zabierała to, co było dla mnie najważniejsze, najpierw gen, potem ciebie... Nie mogę już tego dalej znosić, po prostu przyznaj się do wszystkiego i bądźmy wreszcie razem - powiedziawszy to, nachyliła się i pocałowała mnie. 
- Co ty wyprawiasz?! - odepchnąłem ją. 
- Och, dobrze wiem, że jej nie kochasz, Gideonie! Spójrz na mnie! Wymień choć jedną rzecz, w której ona jest ode mnie lepsza! - ujęła moją twarz w dłonie. - Daj już spokój. Pamiętasz jak było nam dobrze, zanim ona się pojawiła? 
- Nigdy nic między nami nie było Charlotto!
- A co z tamtym pocałunkiem? 
- To było prawie trzy lata temu, byłaś jedyną dziewczyną, z którą miałem bliższy kontakt, naprawdę dziwisz się, że to zrobiłem?!
- To uczucia cię do tego zmusiły! - krzyknęła z przekonaniem. - Gideonie, obiecuję ci - mówiąc to, usiadła okrakiem na moich kolanach. - że będę tylko twoja. Jestem gotowa całkiem ci się oddać, choćby w tej chwili! - w tym momencie zdjęła swoją bluzkę.
Zdezorientowany jej zachowaniem i gorączką dopiero po kilku sekundach zdałem sobie sprawę z tego, co tu się dzieje. Szybko zepchnąłem ją ze swoich kolan i wstałem. 
- Zabierz swoje rzeczy i wynoś się stąd. - powiedziałem takim tonem, że sam go początkowo nie rozpoznałem. 
- Gideonie...
- Powiedziałem: wynoś się stąd. - podziałało. Łzy popłynęły jej po twarzy, ale zabrała swoją bluzkę i ruszyła w stronę drzwi. - Charlotto - odwróciła się na dźwięk swojego imienia. - nie odzywaj się do mnie więcej.
- Co ona ma, czego ja nie mam? - zapytała jeszcze cicho, patrząc na mnie żałośnie.
- Moje serce. 

Od tamtego dnia jej nie widziałem i bardzo dobrze. Nie wiem, co ona sobie wyobrażała. Dojechałem do Temple i od razu ruszyłem do Smoczej Sali. 
- Gideonie, świetnie, że już jesteś. - krzyknął Falk, kiedy wszedłem, chociaż był odwrócony plecami do drzwi.
- Coś wiadomo? - od razu się ożywiłem.
- Tak, chyba udało nam się coś znaleźć. 
Po raz pierwszy od kilku tygodni szczerze się uśmiechnąłem. 
- Co?
- Widzisz, Gideonie... - spojrzał na mnie i westchnął. - Po waszej wycieczce do Paryża stwierdziliśmy, że nie możemy więcej tak ryzykować. Podczas waszych wizyt kontrolnych doktor White wstrzyknął wam mikroskopijne czipy, urządzenia naprowadzające. - moja twarz tężała z każdym jego słowem i musiał to zauważyć. - Nie denerwuj się, wyszło nam to na dobre.
- Nie mieliście prawa tego robić bez naszej wiedzy! - krzyknąłem. - Gwen nie jest jeszcze nawet pełnoletnia, jak tylko Grace się o tym dowie... 
- Proszę cię, Gideonie, uspokój się... Udało nam się ją namierzyć, czekamy na dokładniejsze sprecyzowanie danych i możemy ruszać.
Wziąłem głęboki oddech i obiecałem sobie, że jak już Gwen będzie bezpieczna to wrócę do tego.
- Gdzie ona jest? I dlaczego tak długo to zajęło, skoro ma nadajnik.
- Ktoś namieszał w naszych programach, usiłował je zepsuć, najprawdopodobniej to Marley. Naszym technikom udało się wszystko naprawić, ale zajęło im to kilka dni, a potem musieli powiększyć pole zasięgu, bo sama Europa nie wystarczyła...
- Dlaczego nikt nic mi o tym nie powiedział?
- Nie wiedzieliśmy czy się uda, nie chcieliśmy robić ci nadziei...
- Gdzie ją zabrał?
- Do Brazylii. 
- Za ile ruszamy?

***
Gwendolyn
Po długim, ciepłym prysznicu wyszłam z łazienki owinięta białym ręcznikiem. Włosy upięłam klamrą na czubku głowy, żeby niczego nie zmoczyć i podeszłam do łóżka. Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam pokrowiec. Moim oczom ukazała się piękna, delikatnie różowa suknia. Miała rozkloszowany dół z lekkiego materiału i nie miała ramiączek, trzymała się tylko na biuście. 

Może i jest psychopatycznym sukinsynem... Ale przynajmniej ma świetny gust. 
Usiadłam przy toaletce i zaczęłam się malować. Na oczy nałożyłam tylko lekki cień i tusz to rzęs, za to usta podkreśliłam czerwoną szminką. Wysuszyłam i zakręciłam włosy, a potem upięłam je w luźnego, wysokiego koka, którego nauczyła mnie robić madame Rossini. Wybrałam komplet subtelnej srebrnej biżuterii i mogłam zakładać sukienkę. Nie musiałam się zastanawiać nad butami, bo o to hrabia też zadbał. Kiedy byłam już gotowa zostało mi jeszcze jakieś piętnaście minut do wyjścia. Przysiadłam na skraju łóżka, uważając, żeby nie pognieść sukienki i westchnęłam ciężko. Ostatnie tygodnie nie były aż takie złe, jak się spodziewałam. On zachowywał się, jakby całkiem uwierzył w to wszystko, co mu powiedziałam, o miłości, szacunku i rozkochaniu mnie w sobie... Nie żeby mu to wychodziło, ale musiałam udawać, że tak jest. I chyba nawet mi się udawało, nie widziałam u niego żadnych podejrzeń. W ciągu dnia chodziliśmy swobodnie ubrani, ze względu na ciepły klimat nosiłam lekkie sukienki albo spódnice i cienkie bluzki. Dużo czasu spędzaliśmy razem, przecież mieliśmy się poznać... Mimo całej nienawiści, którą do niego żywię, muszę przyznać, że jego wiedza jest imponująca, był nawet w stanie stworzyć nowy chronograf, żebym mogła poddawać się elapsji. Co prawda nie było tam kamienia filozoficznego, ale to i tak coś. Chyba jeszcze nigdy z kimś takim nie rozmawiałam... W sumie, nie ma co się dziwić, ten dupek żył ponad trzysta lat. Spojrzałam na zegar i doszłam do wniosku, że mogę już iść. Mam nadzieję, że taniec będzie jedynym "specjalnym" elementem tego wieczoru...

***
Gideon
- Falk, ty dupku! - usłyszeliśmy za sobą krzyk.
To Grace biegła do nas przez halę na lotnisku, wykrzykując inne, znacznie gorsze obelgi. 
- Co ty sobie myślałeś?! - wydarła się, kiedy nas dogoniła. - Naprawdę sądziłeś, że nie polecę z wami?! Co ty sobie, kurwa, myślałeś?! - z każdym słowem ostatniego zdania, uderzała go pięściami w ramiona i klatkę piersiową. 
- Grace, tam może być niebezpiecznie. - przytrzymał jej ręce. - Nie chciałem cię narażać.
- Nie obchodzi mnie, czy to bezpieczne czy nie!
- Ale mnie obchodzi!
- To moja córka! - nerwy całkiem jej puściły.
Falk westchnął i przyciągnął ją do siebie, a ona się rozpłakała. 
- No już... - mówił cicho, głaszcząc ją po włosach. - Spokojnie, damy sobie z nim radę, już niedługo będzie z tobą. 
Po chwili podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Nie zważając na tych wszystkich ludzi, stojących dookoła i gapiących się na nich, nachylili się do siebie i... Najzwyczajniej w świecie zaczęli się całować.
- Nareszcie. - powiedział doktor White. - Już nie mogłem wytrzymać tego seksualnego napięcia między nimi.
- Jack! - skarcił go pan George, chociaż sam szeroko się uśmiechał.
- No co? - wzruszył ramionami. 
Chwilę później odchrząknął znacząco.
- Falk? Nie chcę ci przeszkadzać, ale wydaje mi się, że mamy coś do załatwienia...
Natychmiast odskoczyli od siebie.
- To jak? - zapytała Grace. - Weźmiesz moją torbę, czy sama mam ją nieść?

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział 19

Kochani,
udało się :) Dobrnęłam do końca tego rozdziału i wcale nie było to łatwe.
Chciałam jak najszybciej przejść dalej, ale musiałam to wszystko wyjaśnić, opisać i... Szczerze mówiąc nie miałam już do tego siły. Cieszę się, że mam ten rozdział za sobą i mogę ruszyć dalej :)
Mam nadzieję, że Wam się spodoba i choć trochę zrekompensuje tę długą przerwę :)
Pozdrawiam,
Cassandra

Ps. Jak pewnie większość z Was zauważyła, dodałam nową zakładkę "bohaterowie", gdzie są wklejone zdjęcia postaci takich, jak  ja sobie wyobrażam. Z nimi również jest (zrobiony przeze mnie) nagłówek :) Jeśli ktoś z Was ma jakąś swoją wymarzoną obsadę to może ją napisać w komentarzu w zakładce, chciałabym zobaczyć, jak Wy ich widzicie :)
Pps. I mam nadzieję, że podoba Wam się nowy wystrój bloga :)


Gideon
- Gideonie, wszyscy cię szukali... - zaczął pan George, kiedy wróciłem do Smoczej Sali.
- Mam wrażenie, że to nie ja jestem osobą, której powinniście szukać. - warknąłem i usiadłem przy stole. - Mamy cokolwiek nowego?
- Nie, póki co nic się nie zmieniło. - odpowiedział Falk. - Powinieneś wrócić do domu i trochę się przespać, albo, jak wolisz, możesz skorzystać z jednej z tutejszych sypialni...
- Naprawdę myślisz, że będę w stanie zasnąć? - zapytałem chłodno, unosząc brwi.
- Myślę, że naprawdę powinieneś spróbować.
- Chyba nie mam ochoty dłużej tu siedzieć. - powiedziałem i wyszedłem z pokoju.
- Gideon. - usłyszałem za sobą głos Leslie. Zatrzymałem się i odwróciłem do niej przodem. - Musisz trochę odpocząć. I tak na razie nic nie możemy zrobić, a jak już coś się zmieni, to będziesz na to zbyt zmęczony. Idź się położyć, chociaż na godzinę, potem cię obudzę. 
Miała zatroskaną minę. Powinna martwić się o Gwen, o siebie, o dziecko... A ona myśli o mnie... Mój brat chyba jednak ma dobry gust.
- Nie dam rady zasnąć.
- Spróbuj... 
- Cały czas wyobrażam sobie, co ten sukinsyn może jej robić...
- Wiem, ja też... Jak na razie jedynym plusem jest to, że Gwen jest nieśmiertelna...
- Są rzeczy gorsze od śmierci. - zacisnęła usta i odwróciła wzrok. - Boże, Leslie, tak strasznie się o nią boję... - i wszystko trafił szlag - załamałem się. 
Leslie pokręciła głową, hamując łzy i objęła mnie. No i załamaliśmy się razem.

***
Gwendolyn
Pod prysznicem wypłakałam swoje i wyszłam z kabiny pół godziny później z nowym nastawieniem. Zrobię wszystko, żeby pozbyć się tego faceta. Żeby się to udało, będę musiała grać na jego warunkach - a przynajmniej tak mu się ma wydawać. Ostatnio podziałało, może teraz też się uda. Przede wszystkim muszę dowiedzieć się gdzie jestem, a potem znaleźć sposób, żeby powiadomić o tym Lożę. Jednak najpierw muszę rozwiązać problem kamer. Byłam przekonana, że tu są, odkąd olśniło mnie, że przecież strażnik jakoś musiał się dowiedzieć, że już się obudziłam. Nie myliłam się. Pierwsza, którą udało mi się zlokalizować, znajdowała się w  rogu szafki z ręcznikami. Na pierwszy rzut oka można jej było nie zauważyć, prawie nie wyróżniała się na tle ciemnego drewna. Wytarłam włosy i ręcznik rzuciłam na tę szafkę, tak, żeby idealnie przysłonił róg z kamerą. Z drugim ręcznikiem owiniętym wokół ciała, ruszyłam do sypialni i usiadłam przy toaletce. Uznałam to za oczywiste miejsce dla kamery i znowu miałam rację. Ukryli ją u dołu ramy lustra, gdzie zginęła między rzeźbionymi zdobieniami. Z początku ignorowałam ją, malując się, czesząc i susząc włosy, a potem otworzyłam szkatułkę z biżuterią i wybrawszy parę niewielkich srebrnych kolczyków oraz naszyjnik, zamknęłam ją i odsunęłam pod lustro, doskonale zasłaniając kamerę. Przeniosłam się do garderoby, gdzie spędziłam prawie godzinę. Nie dość, że szukałam tego ustrojstwa, to jeszcze musiałam wybrać ubrania. A było z czego wybierać... Było tu więcej strojów niż w garderobie madame Rossini! Ostatecznie zdecydowałam się na czarną sukienkę z rozkloszowanym dołem.

Od razu przyszło mi do głowy, że Gideonowi na pewno by się podobała. I pewnie zabijałby spojrzeniem każdego innego faceta, który by na mnie popatrzył. Uśmiechnęłam się lekko do siebie, ale zaraz znowu spoważniałam. Nie mogę teraz o nim myśleć, muszę się skupić na działaniu. z jednej strony podpięłam włosy wsuwką, założyłam, wybraną wcześniej, biżuterię i czarne szpilki i byłam gotowa. Podeszłam do drzwi, przez które wcześniej wszedł strażnik, wzięłam głęboki oddech i zapukałam. Zaraz otworzył mi strażnik. Bez słowa skinął mi głową i wyjął z kieszeni czarną chustkę. Przewróciłam oczami, ale nic nie powiedziałam i pozwoliłam mu ją zawiązać. Poczułam, jak chwyta mnie za ramię i gdzieś prowadzi. W pewnym momencie potknęłam się o schodek, o którym oczywiście nikt mnie nie poinformował i mężczyzna złapał mnie w talii, żebym nie upadła. Zalała mnie fala wspomnień z moich początków w Loży. Taka sama sytuacja miała miejsce, kiedy szliśmy raz do podziemi na elapsję. Z tą różnicą, że przy dotyku Gideona przeszedł mnie przyjemny dreszcz, a teraz tylko i wyłącznie obrzydzenia. Mieliśmy dzisiaj pomagać Leslie się pakować. Pewnie więcej byłoby z tego śmiechu niż pakowania i zajęłoby nam to pół dnia, chociaż rzeczy było niewiele. Te myśli z jednej strony mnie dobijały, ale z drugiej dawały mi jakąś siłę. Gdyby nie oni wszyscy, pewnie obrałabym zupełnie inny plan działania. A właściwie to pewnie nie miałabym żadnego planu i po prostu rzuciłabym się na tego idiotę zaraz po tym, jak powiedziałabym mu, co o nim myślę, a to nie skończyłoby się dobrze. Przypomniałam sobie ostatnią elapsję z Gideonem.

Oczywiście szybko wylądowaliśmy na naszej cudownej zielonej kuzynce sofie. Po chwili, która mogła być zarówno pięcioma minutami, jak i godziną, Gideon odsunął się ode mnie.
- Jeśli teraz się nie zatrzymamy, to nie ręczę za siebie. - powiedział, oddychając ciężko.
- Wiesz, że zawsze to powtarzasz? - zapytałam w odpowiedzi, wciąż mając problemy ze złapaniem tchu.
- Wiem, ale gdyby coś poszło nie tak, to po pierwsze: Paul by mnie zabił, a po drugie: wątpię, żeby twoja mama zniosła trzecią ciężarną w domu. 
- Idiota. - mruknęłam, na co on parsknął śmiechem i podniósł się ze mnie, żeby zaraz położyć się obok. 
Ułożyłam głowę na ramieniu, którym mnie objął i przerzuciłam nogę przez jego biodro. On złapał mnie za rękę i położył ją na swojej piersi, a potem pocałował mnie w czoło. 
- Ostatnio spędzamy mniej czasu razem... - westchnęłam. 
- Masz na myśli "sami"...? - pokiwałam głową.
- Kiedyś mieliśmy przynajmniej te kilka godzin podczas elapsji,a teraz nawet to nie jest pewne...
- Wiem... U ciebie jest Leslie, u mnie mój brat, a do tego jeszcze zawsze Paul pojawia się w nieodpowiednim momencie... Na przykład ostatnio, jak byliśmy u ciebie...
Parsknęłam śmiechem na wspomnienie tej sytuacji. Zaczęło się od oglądania filmu, a skończyło na... Cóż, wyglądało to mało ciekawie, kiedy Paul wszedł do pokoju, zaraz po tym jak (podobno) zapukał. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że byliśmy ubrani... No, w miarę ubrani. Koszula Gideona była do połowy rozpięta, a moja bluzka, w tamtym momencie, odsłaniała więcej niż zasłaniała, ale liczyło się to, że teoretycznie wciąż tam była. Mina Paula była bezcenna. Stał z szeroko otwartymi ustami, a brwi miał tak zmarszczone, że wyglądały, jakby już na zawsze miały zostać jedną kreską, ciągnącą się przez czoło. Szybko doprowadziliśmy się do porządku, a mój biologiczny ojciec w tym czasie zdążył otrząsnąć się z szoku.
- Gwendolyn...
- Paul...
- Co tu się dzieje?!
- Nic, co powinno cię interesować.
- Gwen...
- A poza tym - puka się przed wejściem.
- Pukałem.
- I czeka się na odpowiedź. 
- Posłuchaj mnie...
- Paul! Co ty znowu robisz? - usłyszałam krzyk wchodzącej po schodach Lucy. 
- Chciałem zapytać o coś Gwen i jak wszedłem to oni...
- Nie interesuje mnie, co robili...
- Lucy, oni byli sami w jej pokoju...
- Ani gdzie... I ciebie też nie powinno.
- Właśnie to mu powiedziałam. - oznajmiłam triumfalnie. 
- Jeśli nie zostawisz ich w spokoju, przysięgam, przywiążę cię do kaloryfera... 
- Ale... Oni...
- Na miłość boską, Paul! Wszyscy normalni ludzie w ich wieku tak się zachowują! Wcale nie jesteś dużo starszy, pamiętasz? 
Wymamrotał coś pod nosem.
- Mówiłeś coś jeszcze?
- Nie, nic. - zaprzeczył i szybko ruszył po schodach na dół. 
- Następnym razem zamykajcie drzwi na klucz. - dodała jeszcze Lucy, uśmiechając się do nas i wyszła.
- To zdecydowanie była jedna z najdziwniejszych sytuacji w moim życiu... - stwierdził Gideon.
- No wiesz... Dla mnie dziwniejsze było to, jak niekontrolowanie przeniosłam się w czasie i widziałam samą siebie, całującą się z tobą... Chociaż właściwie cię nie znałam.
- No dobra, to rzeczywiście było dziwniejsze. - powiedział z uśmiechem, a ja ziewnęłam przeciągle w odpowiedzi. - Niewyspana?
- Nie bardzo.
- Co znowu robiłyście?
- Oglądałyśmy ubranka i mebelki dla dzieci w internecie. Wiesz jakie są urocze? - roześmiał się i pokręcił głową z niedowierzaniem. - No co? Trzeba się przygotować.
- Mam nadzieję, że wszystko już omówiłyście w nocy i teraz możesz w spokoju odespać.
- Taaaak. - odparłam, znowu ziewając.
- Podasz koc z podłogi? Musieliśmy go wcześniej zrzucić.
Sięgnęłam na oślep ręką i w końcu go znalazłam. Gideon przykrył nas, a ja mocniej się w niego wtuliłam.

Spaliśmy dopóki nie zadzwonił budzik na pięć minut przed końcem elapsji. Potem Gideon obiecał, że cały weekend spędzimy razem, że odstawi mnie do domu tylko na noc, bo wolał jeszcze nie narażać się Paulowi zabieraniem mnie do siebie. Wychodzi na to, że z naszych planów nic nie będzie. Chyba powiem temu dupkowi, że tym porwaniem zrujnował mi idealny weekend.
Po kilku kolejnych minutach dotarliśmy do jakiegoś miejsca i strażnik zdjął mi chustkę z oczu. Przede mną znajdowały się wielkie zdobione drzwi, które zaraz zostały otworzone. Weszłam do środka i ujrzałam olbrzymią jadalnię ze stołem, ciągnącym się przez niemal całe pomieszczenie. Zawsze w filmach wydawało mi się to idiotyczne - w normalnych okolicznościach, bez mikrofonów i tych wszystkich innych rzeczy, ludzie musieliby do siebie krzyczeć, żeby się wzajemnie usłyszeć. Przez drzwi po drugiej stronie sali wszedł hrabia, czy też Bertram, jak zwał tak zwał. Był ubrany w elegancki czarny garnitur, a okulary przeciwsłoneczne na jego włosach wyglądały przy tym wręcz idiotycznie.
- Gwendolyn! Jak miło, że przyjęłaś moje zaproszenie. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że tak szybko nawiążemy nić porozumienia.
- Uznałam, że zachowując się jak dziecko nic tu nie zmienię. - odpowiedziałam głosem zimnym jak lód. Na początku sama nie mogłam uwierzyć, że wydobywa się z moich ust.
- Bardzo rozsądnie. Usiądź, proszę.
Strażnik odsunął mi krzesło na jednym końcu stołu i zaraz wyszedł, a hrabia usiadł na drugim.
- Mówiłem ci już, że wyglądasz zniewalająco w tej sukience?
- Nie.
- W takim razie mam nadzieję, że jesteś tego całkowicie świadoma.
- Wolałabym być świadoma tego, gdzie jestem i dlaczego mnie porwałeś.
- Do tego przejdziemy po deserze, moja droga. Na razie możesz zadać mi inne pytania.
- Najpierw chcę usłyszeć odpowiedzi na tamte. - byłam nieugięta. Szczerze mówiąc, podobała mi się taka wersja mnie. Chociaż jedyne określenie, które przychodziło mi teraz do głowy to było "zimna suka".
Hrabia westchnął.
- No dobrze, w takim razie ja zacznę. Możesz nazywać mnie Bertramem, chociaż nie przeszkadzałoby mi, gdybyś używała tytułu hrabiego.
A mogę się do ciebie zwracać per Dupku? Łajdaku? Sukin...
- Gwendolyn, skarbie, przypominam, że wciąż jestem w stanie słyszeć twoje myśli...
No dobra - panie Dupku.
- Naprawdę doceniam twoje poczucie humoru, nawet w tak niezręcznej sytuacji. To musi być okropne z twojego punktu widzenia...
- W takim razie, po co to zrobiłeś?
- Wszystko w swoim czasie, Gwendolyn. Teraz zjemy kolację.
Kilku mężczyzn weszło do jadalni, niosąc olbrzymie srebrne tace i półmiski z jedzeniem. Nałożyli nam na talerze mnóstwo różnych rzeczy, a potem wyszli.
- Smacznego. - powiedział hrabia, ale zignorowałam to i nadal siedziałam tylko, patrząc na niego podejrzliwie. - Możesz zacząć jeść, Gwendolyn.
- Naprawdę uważasz, że zjem cokolwiek, co mi dasz? 
- Uwierz mi, nie ciągnąłbym cię przez pół świata tylko po to, żeby cię otruć. Jeśli bardzo chcesz to mogę nawet zamienić się z tobą talerzem.
Prychnęłam z pogardą, ale zaczęłam jeść. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo jestem głodna. Milczeliśmy przez cały posiłek. Nie podnosiłam głowy znad talerza, chociaż czułam na sobie jego wzrok. Odniosłam dziwne wrażenie, że znowu usiłuje czytać mi w myślach. Żeby zrobić mu na złość, powtarzałam sobie w głowie teksty wszystkich najbardziej irytujących i wpadających w ucho piosenek. Kiedy po chwili usłyszałam, jak wzdycha, uśmiechnęłam się pod nosem. Jeden zero dla mnie.
Jakiś czas później ci sami mężczyźni, którzy wcześniej podali nam posiłek, zebrali talerze i przynieśli deser. Kiedy już zjedliśmy, hrabia wstał i podszedł do mnie, a potem odsunął mi krzesło. Wstałam sama, ignorując jego wyciągniętą rękę.
- Pójdziemy teraz do salonu, tam odpowiem ci na wszystkie pytania.
Skinęłam niechętnie głową i ruszyłam za nim. Salon okazał się być jeszcze większy niż jadalnia i robił równie duże wrażenie.
- Proszę. - powiedział, podając mi kieliszek czerwonego wina. Przyjęłam go, choć dobrze wiedziałam, że nie wypiję ani kropli. Po pierwsze chciałam zachować pełną świadomość, a po drugie: cholera wie, co on tam dodał. - Usiądźmy.
Przycupnęłam na brzegu kanapy, a on rozsiadł się w fotelu ze szklanką whiskey w dłoni.
- Powiesz mi w końcu, dlaczego mnie porwałeś?
- Nie nazywajmy tego porwaniem, Gwendolyn. To brzmi tak... Dramatycznie.
- A jakie to niby jest, jeśli nie dramatyczne? Jak mam to nazywać? Wakacje?
- O. Bardzo dobrze. Zabrałem cię na niespodziewane, zasłużone wakacje.
Możesz sobie wsadzić te wakacje...
- Gwendolyn, proszę, nie chcę żebyś była do mnie tak wrogo nastawiona...
- Próbowałeś mnie zabić! W dodatku nie raz.
- Wiem, że mieliśmy ciężkie początki, ale chciałbym, żebyśmy zaczęli od nowa. Szczególnie biorąc pod uwagę cel twojego... Pobytu.
- Więc jaki on jest?
- Widzisz, Gwendolyn... Miałem bardzo dużo czasu na myślenie, kiedy byłem zamknięty w lochach pod Temple. Uznałem, że głupotą z mojej strony były te wszystkie próby zabicia cię...
Oh, doprawdy?
- To byłoby zwykłe marnowanie takiego potencjału. Spójrz, twoi biologiczni rodzice oboje posiadali gen i z tego połączenia wyszłaś ty. Nieśmiertelna, piękna podróżniczka. Przez wiele lat byłem pewny, że na tym przepowiednie się kończą, krąg jest pełny, ale teraz... Otworzyły się przed nami nowe możliwości. Jeśli twój gen i nieśmiertelność połączyły się z innym genem, to dziecko byłoby niesamowite... - westchnął z rozmarzeniem. - Wyobraź sobie, jakie ono by było, gdybyśmy  połączyli nasze geny. Mój umysł, twoja uroda i nieśmiertelność i w dodatku jeszcze gen podróży...
- Stop. - przerwałam mu gwałtownie. - Co ty właśnie powiedziałeś...?
- Tylko pomyśl, Gwendolyn, byłoby cudowne...
- Czy ty porwałeś mnie i przywiozłeś tutaj po to, żeby mieć ze mną dziecko?! - straciłam panowanie nad sobą. Zerwałam się z kanapy, upuszczając przy tym kieliszek z winem, które rozlało się na wykładzinę.
- Uspokój się, Gwendolyn, to wcale nie jest takie straszne, mogłem chcieć gorszych rzeczy.
- Czy ty sobie w ogóle zdajesz sprawę z tego, co mówisz?! Chcesz mnie zmusić do tego, żebym urodziła ci dziecko?!
- Jeśli będziesz współpracować, to nie będę musiał do niczego cię zmuszać.
- Nie wierzę! Ty popierdolony...
- Panuj nad słowami, Gwendolyn. Rozumiem, że to dla ciebie szok, ale...
- Gówno rozumiesz! Gdybyś rozumiał, ba, gdybyś miał w sobie choć trochę człowieczeństwa, to w życiu byś tego nie zrobił!
- Uspokój się...
- Mam szesnaście lat, popaprańcu! Każesz mi się uspokoić, kiedy mówisz mi, że masz zamiar mnie zgwałcić!
- Myślę, że na dzisiaj wystarczy. - powiedział twardo i zawołał coś w obcym języku.
Zaraz pojawiło się dwóch strażników, którzy zawiązali mi oczy i zaprowadzili do pokoju. Po drodze nadal wyrywałam im się i głośno przeklinałam, ale kiedy drzwi się za mną zamknęły, osunęłam się bezsilnie na podłogę i zaczęłam płakać. Nie mogłam w to uwierzyć. Nie mogłam i nie chciałam.

***
 Gideon
 Leslie w końcu udało się namówić mnie, żebym pojechał do domu się przespać. Skończyło się na tym, że obudziłem się dopiero o piątej rano następnego dnia. Wziąłem prysznic i biorąc kawę na drogę, pojechałem do Loży. Niestety nic się nie zmieniło, nadal nikt nie wiedział, gdzie jest Gwen. Ostatnie półtorej godziny spędziliśmy na próbach rozpracowania, jak i dokąd mógł ją zabrać. Musiałem się przewietrzyć, więc wyszedłem na balkon. Wyjąłem z kieszeni kurtki paczkę papierosów i zapalniczkę, które kupiłem po drodze. Zapaliłem jednego i zaciągnąłem się. 
- Nie wiedziałam, że palisz. - usłyszałem za sobą głos mamy Gwen.
- Nie robiłem tego od dawna. - powiedziałem zgodnie z prawdą, odwracając się do niej.
Szczerze mówiąc, nie wiem które z nas wyglądało gorzej. 
- Mogę? - zapytała, a ja podałem jej paczkę i zapalniczkę. Po chwili oddała mi je i zapaliła. - Boże, nie miałam papierosa w ustach, odkąd urodziły się dzieci... 
Westchnęliśmy równocześnie, opierając się o barierkę. 
- Zabiję go, kiedy ją znajdziemy. - stwierdziłem, wydmuchując dym.
- Obawiam się, że cię uprzedzę. - uśmiechnęła się do mnie smutno.
- Pani Sheperd... - zacząłem, ale mi przerwała.
- Grace. - spojrzałem na nią zdziwiony. - W takich okolicznościach nie będziemy się bawić w dobre wychowanie. Mów mi po imieniu.
- Dobrze... Grace... Ja nie żartuję.

piątek, 31 lipca 2015

Odzew

Kochani,
Pojawiły się dziwne insynuacje, że mogę porzucić bloga - nie wiem skąd taki pomysł, ale na pewno tego nie zrobię ;)
Wiem, że pisałam, że rozdział będzie po weekendzie prawie 2 tygodnie temu, ale za każdym razem, kiedy do niego siadałem i chciałam go skończyć po prostu się zacinałam, a nie chcę pisać na siłę, bo wychodzi to według mnie strasznie sztucznie. Bardzo mnie cieszą wszystkie Wasze komentarze i obiecuję, że postaram się jak najszybciej do Was wrócić z nowym rozdziałem :)
Pozdrawiam,
Cassandra

wtorek, 30 czerwca 2015

Zaległe LIEBSTER BLOG AWARD

Kochani,
jak mogliście już zauważyć nigdy wcześniej nie odpowiadałam na nominacje do LBA.
Nie robiłam tego umyślnie, złośliwie, po prostu nie miałam zbyt wiele czasu w ciągu tego roku szkolnego. 
Jestem za wszystkie nominacje bardzo wdzięczna i w końcu zebrałam się, żeby to rozpisać :)

Jako że nie lubię nominować blogów w innej tematyce niż ten, który akurat nominowano, a nie wolno wybierać tych, które cię wybrały, nie będę wypisywać tych jedenastu blogów. 
W zamian za to zadam pytania Wam, czytelnikom :)
Ale to na koniec.

W ramach przypomnienia: Nominacje są otrzymywane od innych blogerów, za „dobrą robotę". Jest dla blogerów o mniejszej liczbie obserwatorów. Należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która cię nominowała, dalej ty nominujesz 11 osób, oczywiście informujesz ich o tym oraz zadajesz 11 pytań. Nie nominujemy bloga osoby, która cię nominowała.

Dziękuję za nominacje Paulina Patrycja (nie wiem czy powinnam to odmienić, ale dziękuję właściwie za 4 razy na 3 różnych blogach ;)) i Isenoferet.


Pytania od Paulina Patrycja:

1 nominacja:
  1. Dlaczego taka tematyka bloga?
  2. Jakie są twoje ulubione lody?
  3. Masz jakieś ulubione zwierze (EGZOTYCZNE)?
  4. Jakby wszystkie książki były rzeczywistością, to do jakiej grupy byś chciał/ chciała należeć?
  5. Jaki jest twój ulubiony film?
  6. Bogactwo czy prawdziwa miłość?
  7. Co robisz w wolnym zasie?
  8. Truskawki czy maliny?
  9. Biały czy czarny?
  10. Dobra książka czy ploteczki z przyjaciółkami?


 1. Ponieważ czułam niedosyt po skończeniu Trylogii i postanowiłam spróbować własnych sił w pisaniu. To było pierwsze opowiadanie, które zaczęłam pisać i przez długi czas go nie publikowałam.
2. Biała czekolada i sorbet malinowy <3
3. Tygrys.
4. Chyba o to chodzi - Potterhead. Zawsze. :)
5. Pfff... Jednego chyba nie uda mi się wybrać... No ale kilka ulubionych to tak:
Harry Potter (wszystkie części)
Duma i uprzedzenie
Szklana pułapka (pierwsze 3 części)
Przeminęło z wiatrem
Maria Antonina
Diabeł ubiera się u Prady
Ostatni skaut
Czekolada
Erin Brockovich
Sposób na teściową
Plan B
Na pewno, być może
Juno
Uwierz w ducha
Julie & Julia
Życie od kuchni
Nowożeńcy
To właśnie miłość
Pitch Perfect
TED
Lol
Now is good
i wiele, wiele innych :)

6. Prawdziwa miłość.
7. Czytam, piszę, spotykam się ze znajomymi, słucham muzyki... Chociaż głównie myślę nad tym "a co by było gdyby..."
8.  Maliny.
9. Oba. Najlepiej obok siebie ;)
10. Zależy w jakim jestem nastroju.


 2 nominacja:
  1. - Jaka jest twoja ulubiona pora roku?
  2. - Masz jakieś ulubione zwierzę, a jeśli tak to jakie?
  3. - Czego oczekujesz od przeznaczenia?
  4. - W jakiej książce chciał(a)byś się znaleźć (Poza DA)?
  5. - Co cię najbardziej denerwuje?
  6. - Co lubisz robić w wolnych chwilach?
  7. - Jakiego zespołu muzycznego najczęściej słuchasz?
  8. - Masz rodzeństwo?
  9. - Starszy brat czy młodsza siostra?
  10. - Jaki jest twój ulubiony dzień tygodnia?
  11. - Dlaczego założyłaś/ łeś bloga?

1. Wiosna.
2. Nie umiem się zdecydować między kotem i psem, ale poza tym to jest jeszcze świnka miniaturka (wiem, dziwne ;))
3. Dobrych kart losu?
4.  W serii o Harrym Potterze, Trylogii Czasu, Hopeless lub serii, której tytuł po angielsku brzmi "Slammed", a po polsku wszystko jest źle przetłumaczone.
5. Mój młodszy brat i zachowania niektórych gimnazjalistek... Plus popisy chłopaków przed dziewczynami.
6. Odpowiadałam na to pytanie wyżej :)
7. W ostatnich tygodniach "The Avett Brothers"
8. Młodszego brata
9. Starszy brat.
10. Sobota
11. Bo chciałam zobaczyć, czy ludziom choć trochę spodoba się to, co piszę :)


3 nominacja:
  1. Co cię skłoniło do założenia bloga?
  2. Dlaczego wybrałaś/łeś akurat tę tematykę do opisania w opowiadaniach?
  3. Jakie są twoje ulubione książki?
  4. Jakie są twoje ulubione filmy?
  5. Co wybierasz: film, dobra książka czy ploteczki?
  6. Jaki jest twój ulubiony kolor?
  7. Jakie jest twoje ulubione zwierzę?
  8. Jaka jest twoja pasja?
  9. Czym kierujesz się w życiu?
  10. Jakie masz marzenie i czy dążysz do jego spełnienia?
  11. Co ostatnio czytałaś/łeś?

1. Odpowiadałam już wyżej
2. Odpowiadałam już wyżej
3. No trochę tego jest...
seria o Harrym Potterze
seria "Slammed"
Hopeless
Trylogia Czasu
Percy Jackson
Duma i uprzedzenie
Wszystkie książki Johna Greena
i wiele, wiele innych...

4. Odpowiadałam już wyżej
5. Dobra książka lub "ploteczki"(ale to zależy z kim)
6. Czerwony
7. Odpowiadałam już wyżej
8. Pisanie
9. Intuicją
10. Nie mogę powiedzieć, bo się nie spełni ;)
11. Serię "Slammed" <3


4 nominacja:
  1. Co sądzisz o mojej twórczości?
  2. Czy masz jakieś uwagi co do moich blogów?
  3. Jaki jest twój ulubiony cytrus?
  4. Jakie miejsce chciał/a byś odwiedzić w ciągu wakacji?
  5. Czujesz to że są już wakacje?
  6. Jaka jest twoja ulubiona książka?
  7. Co cię zainspirowało do założenia bloga o takiej tematyce?
  8. Jakie jest twoje największe marzenie. 
  9. Czy twoim zdaniem mam szanse na wybicie się jako pisarka?
  10. Jaka jest twoja ulubiona czekolada?
  11. Jaki smak lodów najbardziej lubisz?

1. Gdyby nie niektóre błędy, to naprawdę dobrze by się to czytało ;) Masz dużo dobrych pomysłów i aż żal byłoby ich nie wykorzystać, ale musisz uważać, żeby nie próbować mieszać tych pomysłów. Najpierw kończ jedną myśl, potem zaczynaj kolejną :)
2. Trochę irytuje mnie wygląd twojego nowego bloga. Zdjęcie w tle jest identyczne, nawet czcionka jest podobna i gdyby nie treść można by je pomylić. Nie chce być złośliwa, ale właśnie to mnie denerwuje.
3. Mandarynka
4. Indie
5. Zaczynam czuć ;)
6. Odpowiadałam już wyżej
7. Miałam za dużo pomysłów, żeby trzymać to w sobie, inspirowało mnie wszystko
8. Jak już mówiłam, nie mogę powiedzieć, bo się nie spełni ;)
9. Jeśli popracujesz nad tym, o czym pisałam wyżej, to dlaczego nie?
10. Każda ;)
11. Odpowiadałam już wyżej.


5 nominacja:
 1. Co robisz, kiedy nie czytasz/ piszesz?
2. Kiedy przychodzą ci do głowy nowe pomysły?
3. Ulubiony gatunek muzyczny?
4. Wolisz własne książki czy wypożyczone z biblioteki?
5. Ulubiona para z jakiejś serii?
6. Ulubiony pisarz?
7. Gdzie chciałabyś mieszkać, gdy dorośniesz?
8. Czy wiążesz przyszłość z pisaniem?
9. Twoje marzenie?
10. Gdybyś mogła przeżyć życie głównego bohatera jakiejś książki, kogo byś wybrała?
11. Piszesz od razu na komputerze, czy przepisujesz np. z zeszytu?


1. Spotykam się ze znajomymi albo śpię.
2. Wtedy kiedy najmniej się tego spodziewam. Najczęściej w nocy, kiedy powinnam spać.
3. Nie mam takiego, słucham wszystkiego po trochu... No, może poza rapem
4. Własne, zdecydowanie
5. Gideon i Gwendolyn z Trylogii
Will i Laken z "Slammed"
Holder i Sky z "Hopeless"
i jeszcze kilka innych...

6. Colleen Hoover
J.K.Rowling
John Green

7. W Londynie <3
8. Chciałabym
9. Jak już mówiłam wyżej, nie mogę powiedzieć, bo się nie spełni ;)
10. Gwendolyn lub Sky lub Laken lub Hermiona Granger ;)
11. Od razu na komputerze. Albo zapisuję sobie "na szybko" w notatkach w telefonie.


I to koniec. Udało mi się :D 
Jeszcze raz dziękuję za wszystkie nominacje :)

A teraz pytanie do Was, kochani:
Czy chcielibyście, żebym coś zmieniła? W sposobie mojego pisania, w wyglądzie bloga, czy w jakiejkolwiek innej dziedzinie?
Jeśli tak, to piszcie w komentarzach :)

Rozdział 18

Kochani,
mam nadzieję, że rozdział Wam się spodoba. Z całą pewnością jest inny niż poprzednie, ale w końcu o to chodzi, prawda? Trzeba zaskakiwać czytelników :)
Wydaje mi się, że nie musieliście bardzo długo czekać ;)
Zawarłam tu wszystko, co planowałam, ale mam nadzieję, że niedługo uda mi się napisać kolejny rozdział. Z taką motywacją, jaką ostatnio dostałam, to, naprawdę, szkoda nie pisać ;)
Dziękuję bardzo za odzew, co do mojej ostatniej "prośby", naprawdę nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy...:)
Tak sobie pomyślałam, że wezmę się za poprawianie poprzednich rozdziałów. Przebrnę przez wszystko od początku i jeśli uda mi się nie załamać do końca, to zaproszę Was do przeczytania nowszej wersji ;)
Cassandra

Ps. Zrobię tu małą reklamę: zapraszam na bloga z autorskim opowiadaniem mojej koleżanki, przy którym pomagam, jestem tzw. betą + pogotowiem ratunkowym w kwestii ogarnięcia całej fabuły ;)
Jak na razie jest tylko prolog, ale rozdział "się pisze" :)

Gwendolyn
- Gwendolyn, jak miło znowu cię widzieć! 
Odwróciłam głowę w stronę, z której dochodził głos i dostrzegłam mężczyznę, którego nienawidziłam z całego serca, który do dzisiaj pojawiał się w moich najgorszych koszmarach, który chciał zniszczyć wszystko i wszystkich, których kochałam. Zaklęłam po cichu.
- Nie dosłyszałem, skarbie, co mówiłaś? - zapytał Hrabia de Saint Germain przesłodzonym tonem.
- Gdzie ja jestem? - zadałam pierwsze pytanie, jakie przyszło mi do głowy.
- W odrzutowcu, skarbie.
- Nie jestem twoim skarbem. - warknęłam.
- Och, jesteś. I nawet nie wiesz, jak cennym. - uśmiechnął się szeroko, a ja widziałam przebiegły błysk w jego oczach. Zacisnęłam zęby, żeby nie wymsknęło mi się co o nim myślę. Czułam, że lepiej go nie denerwować. Przynajmniej na razie, póki nie jesteśmy na ziemi.
- Dokąd lecimy?
- Tego nie mogę ci powiedzieć.
- Dlaczego mnie porwałeś?
- Tego, niestety, również nie mogę ci powiedzieć, ale obiecuję, że już wkrótce się dowiesz.
- Poczekaj tylko aż Loża cię dorwie. - powiedziałam złowrogim głosem. - Tym razem nie będzie już nikogo, kto będzie się sprzeciwiał karze śmierci...
Hrabia wybuchnął śmiechem, nic sobie nie robiąc z moich gróźb. 
- Och, Gwendolyn, jesteś naprawdę przezabawna... Ale myślę, że powinnaś się jeszcze trochę przespać. Panie Marley?
Ponownie poczułam materiał przy twarzy, a potem ten dziwny zapach i już po kilku sekundach straciłam przytomność.

***

Gideon
- Co to znaczy, że nikogo nie wysyłaliście?!
- Gideonie, osobiście wypuściłem dzisiaj z pracy wszystkich o godzinie dziewiętnastej trzydzieści i wcześniej nikogo nigdzie nie wysyłaliśmy.
- To kto, u diabła, podjechał po Gwendolyn?!
- Nie mam pojęcia. Dzwoniłeś do niej?
- Nie... - nie mogłem uwierzyć we własną głupotę.
- Gideon? - wtrącił się Raphael. - Jej telefon jest wyłączony. A Leslie mówi, że nie wróciła.
- Jej telefon...
- Słyszałem. - przerwał mi Falk. - Zaraz wracam do Loży i zwołam tam wszystkich najważniejszych członków. Ty też tu przyjedź. I weź ze sobą Raphaela. Powiadomię Grace.
Rozłączyłem się i pobiegłem do samochodu, a mój brat zaraz za mną.

***

Gwendolyn
 Otworzyłam oczy i zdałam sobie sprawę, że już nie jestem w odrzutowcu. Leżałam na wielkim łóżku z baldachimem i pewnie byłoby mi całkiem wygodnie, gdyby nie fakt, że ręce i nogi miałam skute kajdankami. Jakoś udało mi się usiąść i rozejrzałam się po pokoju. Był olbrzymi i urządzony bogato, z wielkim przepychem, ale nadal wspaniały. Znaczy... Byłby wspaniały, gdyby nie okoliczności. Zanim zdążyłam porządnie obejrzeć pomieszczenie, drzwi otworzyły się i wszedł przez nie strażnik.
Od razu zaatakowałam go pytaniami:
- Gdzie jesteśmy?
- Mãos. - odpowiedział.
- Où sommes-nous? - spróbowałam po francusku.
- Mãos.
- Dónde estamos? - tym razem po hiszpańsku i próbowałam przypomnieć sobie jeszcze jakieś inne języki, w których mogłabym o to zapytać.
- Mãos. - powtórzył już zniecierpliwiony i wskazał na moje, wciąż skute, dłonie.
Wysunęłam je w jego stronę, a on otworzył kluczem zamek w kajdankach. Później, bez zbędnych słów, zrobił to samo z nogami. Od razu chciałam wstać i je rozprostować, ale przytrzymał mnie na skraju łóżka.
- Vestido. - powiedział, wskazując na jedne z drzwi. 
To akurat zrozumiałam. W ciągu ostatnich miesięcy w Loży zrobili mi kilka przyspieszonych kursów językowych i z nich wszystkich hiszpański wchodził mi najłatwiej. Co prawda poprzednie słowo nie było po hiszpańsku, ale to właśnie tak brzmiało, więc musiały być z tej samej rodziny... A to już trochę zawęża listę miejsc, do których mógł porwać mnie Hrabia. 
Strażnik sięgnął do kieszeni i wyjął z niej niewielką karteczkę, którą zaraz mi podał, a potem wyszedł. Drżącymi rękami rozwinęłam ją i przeczytałam zawartość.

Gwendolyn,
nie chcę, żebyś się do mnie od razu zrażała, uważam że powinniśmy oboje dać sobie jeszcze jedną szansę. Będę na Ciebie czekał w jadalni o dwudziestej, byłbym zaszczycony, gdybyś zjadła ze mną kolację. W garderobie masz wiele różnych sukienek, wybierz taką, która ci się spodoba. Łazienka jest we wszystko zaopatrzona, mam nadzieję, że pokój ci odpowiada. 
Jak będziesz gotowa, zapukaj w drzwi wejściowe, strażnik Cię zaprowadzi. 
Bertram     


Jasne! Teraz milutki, a jeszcze kilka miesięcy temu próbował mnie zabić... Wściekła zmięłam liścik usiadłam na łóżku. Ukryłam twarz w dłoniach. Wcześniej działałam tylko dzięki adrenalinie, zawsze tak jest, ale teraz czułam się psychicznie wyczerpana. Zostałam porwana przez psychopatę, który powinien umrzeć ponad dwieście lat temu, nie mam pojęcia gdzie jestem, ile czasu byłam nieprzytomna i jedyną rzeczą jakiej jestem pewna jest fakt, że cała moja rodzina i Gideon na pewno odchodzą od zmysłów, a ja nie mogę nic z tym zrobić... 
 *** 
Gideon
- Minęło osiemnaście godzin odkąd ją porwali, a my nadal nic nie wiemy! - podniosłem głos, wstając gwałtownie z krzesła w Smoczej Sali. 
- Robimy, co w naszej mocy, Gideonie...
- Jak widać to za mało! - odwróciłem się i wyszedłem z pomieszczenia. 
Szybko odnalazłem drogę do ogrodów na tyle budynku. Ile razy ukrywałem się tam jako dziecko, kiedy chciałem uniknąć lekcji skrzypiec, tego się nie da zliczyć. Usiadłem na ławce ukrytej za między krzakami róż i ukryłem twarz w dłoniach. Osiemnaście godzin... Przez cały ten czas działałem dzięki adrenalinie, która nagle teraz opadła. Nie spałem od ostatniej elapsji, kiedy razem z Gwen owinęliśmy się kocem w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym roku. To było koło południa, czyli zdążyła już minąć doba. Pomyśleć, że wtedy wszystko było takie idealne...

- Widziałeś minę pana Marleya? - roześmiała się Gwen. - Wyglądał jakby miał zemdleć! A twarz miał w kolorze włosów Charlotty. 
- Na pewno bardzo spodoba jej się to porównanie. - parsknąłem śmiechem i przyciągnąłem ją do siebie. - Grunt, że to nie Paul nas złapał. - oparłem swoje czoło o jej.
- Grunt to to, że nie mamy z nimi dzisiaj elapsji. - poprawiła mnie i musnęła moje usta swoimi. - Mam wrażenie, że skończyliśmy mniej więcej w tym miejscu... - zarzuciła mi ręce na szyję, a ja uśmiechnąłem się, całując ją.

Ale idąc zgodnie z rozumowaniem Murphy'ego: "jeżeli wydaje ci się, że wszystko jest w porządku - to na pewno coś przeoczyłeś". Do teraz wszyscy zastanawiają się, co mogli przeoczyć... A ja wiem tylko, że dużo.

- Zniknął. - powiedział jeden z adeptów, wchodząc do Smoczej Sali. - Nie ma żadnych śladów walki, kraty są w całości, w celi wszystko na miejscu. 
Właśnie w tamtej chwili potwierdziły się nasze najgorsze i najbardziej oczywiste przypuszczenia. Usłyszałem cichy szloch Lucy i ciche słowa pocieszenia Paula. Widziałem Grace, której łzy popłynęły po policzkach i Falka, który ją obejmuje. Leslie patrzyła z niedowierzaniem to na adepta, to na mnie aż w końcu Raphael przytulił ją i zaniosła się płaczem. Lady Arista jak zwykle stała z kamienną twarzą, z której nic nie dało się wyczytać. Ja nie mogłem się ruszyć. Czułem się tak samo, jak wtedy na balu, kiedy myślałem, że Gwen nie żyje. Miałem wrażenie, że nic nie mogę zrobić, że ją straciłem, że to moja wina... Poczułem czyjąś rękę na ramieniu i usłyszałem głos pana George'a.
- Znajdziemy ją, Gideonie...
Wyrwałem mu się i wybiegłem z sali. Nie wiedziałem dokąd biegnę, ale kiedy w końcu się zatrzymałem, byłem w tej części budynku, do której jeszcze nigdy się nie zapuszczałem. Osunąłem się po ścianie i podkurczywszy nogi, ukryłem twarz w dłoniach. Nie miałem pojęcia, co robić. Wiedziałem, że gdzieś tam jest Gwendolyn, która mnie potrzebuje, a ja byłem kompletnie bezużyteczny. 

- Gideon? - usłyszałem dziewczęcy głos i podniosłem głowę. - Mogę się dosiąść? 
Kiwnąłem głową, bo nie miałem siły się kłócić, a Charlotta usiadła.
- Po co przyszłaś? - zapytałem i prawie nie poznałem swojego głosu. Był zimny, wyprany z emocji i przerażająco zmęczony.
- Chciałam sprawdzić, jak się czujesz.
- A jak mam się czuć - rzuciłem opryskliwie. Naprawdę nie miałem teraz siły. - Trzystuletni psychopata porwał dziewczynę, którą kocham. Naprawdę, czuję się wspaniale!
- Wiem, że ci ciężko...
- Prawda jest taka, Charlotto, że gówno wiesz o życiu. Nie próbuj tych psychologicznych gierek, uczyliśmy się tego razem, zapomniałaś? To na mnie nie działa. 
- Rozumiem, jeśli nie masz teraz nastroju, ale zawsze możesz do mnie przyjść... Jeśli będziesz chciał porozmawiać. W końcu ja też straciłam kuzynkę...
- Nikt nikogo nie stracił! - warknąłem. - A już na pewno nie ty! Traktowałaś ją jak popychadło przez całe życie i teraz masz czelność porównywać swoje uczucia z moimi, Leslie, Grace, czy kogokolwiek innego? 
- To mnie naprawdę dotknęło!
- Charlotto, nie obchodzi cię nic poza tobą samą! Gdyby kogoś rozjechał samochód tuż przed twoim nosem, to nawet byś nie zauważyła!
Wstała, wzięła głęboki oddech i powiedziała opanowanym tonem:
- Toleruję te słowa tylko dlatego, że wiem, co przeżywasz. Moja propozycja nadal jest aktualna, kiedy już zaczniesz panować nad emocjami. 
Odwróciła się i odeszła. Jedynym plusem całej tej rozmowy było to, że nareszcie wyładowałem emocje i wcale tego nie żałowałem. Siedziałem tak jeszcze kilka minut, a potem wstałem i wróciłem do budynku.

***
Gwendolyn
Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie za biurkiem. Było wpół do szóstej. W ciągu ostatnich minut zdążyłam sprawdzić, czy "Bertram" nie jest może jednak skończonym idiotą i nie zostawił mi w kieszeni komórki - niestety zawiodłam się. Zabrał wszystko. Stwierdziłam, że nie mogę się załamywać, więc postanowiłam rozejrzeć się po pokoju. Było tu biurko, toaletka, na której stało mnóstwo kosmetyków i szkatułka z biżuterią, całą jedną ścianę zajmował wielki drewniany regał z książkami, a pod nim stały dwa fotele i stolik na herbatę. Po drugiej stronie pokoju były drzwi prowadzące do dwóch różnych pomieszczeń. Pierwszym była łazienka, która wielkością spokojnie przerastała nasz salon. Znajdowała się tam spora kabina prysznicowa w rogu, a na środku olbrzymia wanna-jacuzzi. Przy ścianach było mnóstwo wszelkich rozmiarów szafek i komód, jednak przeglądanie ich zawartości zostawiłam sobie na później. Podobnie jak regał, lustro zajmowało całą powierzchnię ściany, przez co pomieszczenie wydawało się jeszcze większe niż w rzeczywistości. Kiedy przeszłam przez drugie drzwi, zamurowało mnie. Pokój był wielkości naszej jadalni i może nie byłoby to takie dziwne, gdyby nie fakt, że był... szafą. Garderobą wypełnioną szafkami, regałami, półkami i wieszakami, a przede wszystkim ubraniami. Tonami sukienek, bluzek, spodni, spódnic, butów, kapeluszy, torebek, wszystkiego. W tym samym momencie, kiedy pomyślałam, że to chyba musi być raj, natychmiast zgromiłam się wzrokiem w lustrze na wprost wejścia i wszystkie uczucia wróciły. Jedno trzeba sukinsynowi przyznać - zna słabości kobiet. W końcu nadal wyglądał jak nasz nauczyciel angielskiego, czyli był przystojny jak Brad Pitt i Orlando Bloom razem wzięci. Oczywiście, jak dla mnie, nie dorównywał Gideonowi pod żadnym względem, w końcu on... Nie. Nie mogę o nim teraz myśleć. Nie mogę się załamać. Żeby się czymś zająć, poszłam wziąć prysznic. Jako mantrę powtarzałam sobie poprzednie zdanie. "Nie mogę się załamać. Nie mogę się załamać. Nie mogę się załamać..." Znalazłam ręcznik, rozebrałam się i weszłam do kabiny. Kiedy uruchomiłam wodę i oblałam się nią, przeszedł mnie przyjemny ciepły dreszcz. Spojrzałam na płyny stojące na półeczce. Moją uwagę od razu przykuła znajoma niewielka różowa buteleczka. To był szampon. Pachnący różami i pomarańczą. Ten sam, którego mama nie pozwala nikomu używać. W tej właśnie chwili moje pozorne  opanowanie poszło się pieprzyć. Łzy popłynęły mi po policzkach, a ja sama osunęłam się po ścianie kabiny i siedziałam tak z podkulonymi nogami. Strumienie ciepłej wody spływały po mnie, a ja płakałam, szlochałam i szeptałam co chwilę jedno imię, które zajmowało najwięcej miejsca w moim sercu. 

wtorek, 23 czerwca 2015

Prośba

Kochani!
Jak sam tytuł notki wskazuje, mam do Was prośbę. Chodzi mi o komentarze. Jest kilka osób, które komentują regularnie i jestem im za to ogromnie wdzięczna, ale patrząc na ilość wyświetleń, widzę, że czyta to znacznie więcej osób niż te kilka nielicznych. W sumie, niedługo liczba odwiedzin dobije 15 i pół tysiąca, a komentarzy jest dokładnie 96. 
Cieszę się, że tyle osób czyta moją historię, ale naprawdę chciałabym poznać Wasze zdanie, uwagi na ten temat. Ci, którzy sami prowadzą blogi na pewno wiedzą, ile komentarz znaczy dla autora(ki), ale są tu też osoby, które tego nie robią, więc chciałam im to wyjaśnić.
Każdy komentarz, każde słowo jest czymś, na co autor(ka) czeka, co daje mu motywację do napisania kolejnych rozdziałów, powstrzymuje przed rzuceniem tego wszystkiego w cholerę, często przywraca wiarę w siebie, jest tym wsparciem, którego każdy potrzebuje. 
Tylko jednego dnia, kiedy wrzuciłam rozdział, było 90 wyświetleń i 1 komentarz. Jeden.
Rozumiem, że nie każdy ma czas od razu komentować, ja też czasami czytam coś w pośpiechu na telefonie, ale zazwyczaj siadam potem nad tym w domu i piszę tak, żeby autor wiedział, że mi na tym zależy. To naprawdę nie zajmuje aż tyle czasu.
Nie mam zamiaru rozpoczynać tej popularnej zabawy "50 komentarzy albo nie będzie rozdziału", bo mnie to irytuje, mam wrażenie, że autor(ka) w momencie wstawienia posta z takim wymaganiem, przestaje szanować swoich czytelników. 
Niczego od nikogo nie żądam i historii tej nie przerwę, ale mimo wszystko byłoby mi naprawdę miło, gdyby ktoś wziął sobie do serca to, co właśnie tu napisałam.
Cassandra