poniedziałek, 17 lutego 2014

Rozdział 7


Rozdział 7
Gwendolyn
Musiałam zasnąć na kolanach Gideona podczas filmu, a on prawdopodobnie przeniósł mnie do łóżka bo kiedy się w nim obudziłam nie wiedziałam jak się tam znalazłam. Była ósma, obudziłam się wtulona w Gideona, który obejmował mnie w talii. Jeszcze spał. Z tego co wiedziałam miał dość mocny sen ale mimo wszystko kiedy delikatnie wyswobadzałam się z jego objęć bałam się że go obudzę. Wymyśliłam że spróbuję jakoś mu się odwdzięczyć i zrobię śniadanie. Wczoraj zrobiliśmy zakupy więc wszystko miałam pod ręką. Wstałam po cichu wzięłam szlafrok i przymknęłam drzwi do sypialni. Weszłam do kuchni i zaczęłam szukać rzeczy potrzebnych do zrobienia naleśników. Musiałam mieszać masę na ciasto ręcznie bo nie było miksera ale może i dobrze bo tylko narobiłby hałasu. Kiedy już usmażyłam naleśniki posmarowałam je dżemem z owoców leśnych. Na wierzch położyłam kilka malin i borówek, a na końcu posypałam cukrem. Zrobiłam kawę, wzięłam tacę i wszystko ładnie na niej ułożyłam. Zajrzałam do sypialni. Gideon spał leżąc na boku. Wzięłam tacę i weszłam po cichu uważając żeby nie potknąć się o nic. Postawiłam tackę na szafce nocnej od strony Gideona i pocałowałam go w policzek. Obudził się, spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
-Dzień dobry!-powiedziałam, wzięłam tacę i pokazałam mu co na niej jest.-Smacznego!
Wziął ode mnie tackę i odstawił ją na stolik. Przyciągnął mnie do siebie tak że leżałam na nim nos w nos. Pocałował mnie gwałtownie, a ja odwzajemniłam pocałunek. Po chwili jednak odsunęłam się i przetoczyłam na plecy.
-Jeszcze do tego wrócimy.-powiedziałam z uśmiechem patrząc na Gideona, który wyglądał na trochę zdezorientowanego.-Wystygnie i będzie nie smaczne.-wskazałam na naleśniki.
-Zawsze będzie smaczne.-mruknął ale wziął tackę i napił się kawy.
Później ukroił sobie kawałek naleśnika.
-Dobre?-spytałam, a on zamiast odpowiadać ukroił jeszcze jeden kawałek i włożył mi go do buzi.
Nie chce się chwalić ale wyszły całkiem nieźle. Były dwa naleśniki z czego Gideon zjadł półtora, a ja pół. Chciał mi dać całego ale już nie mogłam. Odstawił tackę na stolik i przyciągnął mnie do siebie.
-To na czym skończyliśmy?-spytał z uśmiechem.
-Wydaje mi się że tu.-szepnęłam i pocałowałam go.
Położył mnie na sobie i objął w talii obiema rękami. Całowaliśmy się przez chwilę, a potem Gideon rozwiązał mój szlafrok i go zdjął. Ramiączko mojej koszuli zsunęło mi się z ramienia i w tej chwili rozległo się łomotanie w drzwi. Niechętnie podniosłam się i założyłam szlafrok. Gideon też wstał i włożył szlafrok. Wyszliśmy z sypialni i podeszliśmy do drzwi. Gideon otworzył je uśmiechnięty ale kiedy zobaczyliśmy Falka de Villiers i Pana Georga uśmiech zniknął mu z twarzy.
-Eeee... Dzień dobry...-powiedział Gideon.
-Obawiam się że nie taki dobry.-powiedział Falk.-Co wy tu robicie?!
-My...Jesteśmy na wakacjach...?-powiedziałam zmieszana i spojrzałam pytająco na Gideona.
-Na jakich wakacjach Gwendolyn?!-spytał zdenerwowany Falk.-Nie poinformowaliście nas o wyjeździe, o którym w ogóle nie byłoby mowy! Dobrze że zadzwoniliśmy do Seliny, która opowiedziała nam o waszym wczorajszym spotkaniu.
-Mama...?-spytał Gideon.
-Tak. I dobrze że to zrobiła.-powiedział Pan George.
-Jak wy to sobie wyobrażaliście?! Ty i Gwendolyn...
-Gwen nie ma z tym nic wspólnego.-powiedział szybko Gideon.-Dowiedziała się dopiero na lotnisku.
-Wspaniale! A jak chcieliście poddawać się elapsji, co?
-My...
-Och, nie ważne. Będziecie mieć dużo czasu żeby nam o tym opowiedzieć.
-Gdzie jest Raphael?-spytał Pan George.
-W pokoju obok.-powiedziałam.-Razem z Leslie.
-Ale oni chyba mogą zostać?-spytał Gideon.-Przecież nie muszą przeskakiwać w czasie.
-Raphael może zostać ale jedzie do Seliny.-powiedział Falk.-A co do Leslie, to czy jej rodzice wiedzą że tu jest?
-Tak. Wyrazili zgodę na ten wyjazd.-powiedział Gideon.
-No to obydwoje pojadą do Seliny. Już się na to zgodziła.-powiedział Pan George.
-Idźcie się pakować.-powiedział zimno Falk z trudem powstrzymując kolejny wybuch gniewu.-Samolot odlatuje za trzy godziny. O dziesiątej macie być w holu na dole.-Falk odszedł w kierunku windy.
Pan George otarł kropelki potu spływające mu po czole i powiedział:
-Naprawdę radzę wam to szybko załatwić. Falk jest wściekły jak nigdy.-odwrócił się i również ruszył w kierunku windy.
Gideon zamknął drzwi. I głośno westchnął.
-Ehhh... Tego właśnie się bałem od kiedy spotkaliśmy mamę.
-Wszystko będzie dobrze.-próbowałam go pocieszyć.-Jakoś się wytłumaczymy.-szepnęłam i pogłaskałam go po policzku.
Objął mnie, przyciągnął do siebie i zaczął gładzić po włosach.
-Miejmy nadzieje że tak.-szepnął z ustami tuż przy moim uchu.
Staliśmy tak przez chwilę i choć wiedziałam że powinniśmy się pakować nie mogłam odsunąć się od niego. Jednak po pięciu minutach musiałam to zrobić. Próbowałam delikatnie wyswobodzić się z jego objęć ale nie chciał mnie puścić.
-Musimy się spakować.-szepnęłam.-Falk jest naprawdę zły.
-Jeszcze chwilę.-powiedział i przyciągnął mnie do siebie mocniej.-Jeszcze chwilę...

***

Spakowaliśmy się i właśnie mieliśmy wyjść z pokoju. W końcu zadałam pytanie, które chodziło mi po głowie od czasu kiedy Gideon zamknął drzwi za Falkiem de Villiers i Panem Georgem.
-Co im powiemy?-nie byłam pewna czy powinnam poruszać ten temat ale wiedziałam że musimy ustalić jedną wersję.
-Hmmm?-Gideon wyglądał na zdezorientowanego.
-Pewnie będą chcieli wiedzieć jak mieliśmy zamiar przeskakiwać w czasie.
-Aaa... No tak, jeszcze to.-podrapał się po karku z zakłopotaniem.-Ehhh... Myślę, że powinniśmy im powiedzieć o drugim chronografie.
-Uważasz że powinniśmy?-spytałam.-Zabiją nas jak dowiedzą się że ukrywaliśmy to przed nimi tyle czasu.
-To jedyne wyjście.Jeśli powiemy że nie mieliśmy zamiaru kontrolować przeskoków to nam nie uwierzą.
-Nawet jeśli to musimy wstąpić do Leslie i Raphaela. Przecież oni go mają.
-Racja. Możesz iść? Ja zniosę już bagaże.
-Jasne.-powiedziałam i wzięłam torbę z krzesła.-Już idę. Weźmiesz wszystko sam?
-Tak. Nie martw się.-uśmiechnął się do mnie.-Spróbuję nic nie zgubić.
Odwzajemniłam uśmiech.
-Powiedz Panu Georgowi że poszłam się pożegnać.-pocałowałam go szybko w policzek i wyszłam.
Zapukałam do pokoju obok.
Otworzył mi Raphael ubrany w szlafrok.
-Hej.-powiedziałam
-Cześć, wejdź.-powiedział i mnie wpuścił
Weszłam i rozejrzałam się po pokoju. Wyglądał identycznie jak nasz.
-Leslie jeszcze śpi. Nie obudziła się nawet kiedy Pan George do nas przyszedł.
-Jedziecie do twojej mamy, tak?-spytałam opierając się o blat stołu.
Raphael skinął głową i usiadł na krześle obok.
-Wracacie do Londynu?
-Tak.-westchnęłam.-Niestety. Przyszłam żeby się pożegnać i wziąć chronograf. Gideon poszedł już z bagażami na dół.
-Ehhh...-Raphael też westchnął .-Szkoda że pomysł nie wypalił.-podniósł się z krzesła i ruszył w kierunku drzwi sypialni.-Chodź.
Poszłam za nim. Otworzył po cichu drzwi i podszedł do szafki nocnej stojącej po stronie gdzie spała Leslie. Wysunął szufladę i wyjął z niej przedmiot owinięty materiałem.
-Proszę.-podał chronograf a ja włożyłam go do torby.
-Dzięki.-szepnęłam i wycofałam się z sypialni.
Raphael poszedł za mną. Kiedy zamknął drzwi spytał:
-Ona zawsze tak długo śpi?
-Nie.-powiedziałam z uśmiechem.-Tylko wtedy kiedy czeka aż ktoś zrobi jej śniadanie.
-Sugerujesz że mam...
-Dokładnie.
-Ale ja nie umiem gotować!-powiedział bezradnie.
-Och, zrób jej po prostu kawę i daj na przykład jednego z tych cruasantów.
-Okej. Jesteś pewna że to wystarczy?
-Będzie zachwycona.-spojrzałam na zegarek i westchnęłam.-Muszę już iść, bo Falk wkurzy się jeszcze bardziej.
-No to cześć.
-Pa. Pożegnaj Leslie ode mnie i Gideona.
-Dobrze.
Wyszłam z pokoju i pognałam w stronę wind.

niedziela, 16 lutego 2014

Rozdział 6

Rozdział 6
Gwendolyn
-O boże.-jęknęłam I runęłam na wielkie dwuosobowe łóżko w pokoju hotelowym,
Gideon postawił bagaże na podłodze I położył się obok mnie.
-Już zapomniałem jak tu gorąco.-uśmiechnął się do mnie.
Odwzajemniłam uśmiech.
-No to co robimy?-spytałam.
-Możemy rozpakować się, przebrać I iść na spacer. Z tego co wiem nigdy nie byłaś w Paryżu.-uśmiechnął się jeszcze szerzej.-Może czas go zobaczyć?

***

Poszliśmy na spacer razem z Raphaelem i Leslie. Widzieliśmy mnóstwo zabytków, których nazw nie umiałam wymówić więc lepiej nie myśleć o pisaniu ich. Potem poszliśmy na kolacje bo dochodziła ósma o obiedzie zapomnieliśmy zafascynowani (głównie ja i Leslie) Francją, a szczególnie jej piękną pogodą. Znaleźliśmy jakąś małą przyjemną restaurację z ogródkiem. Usiedliśmy na zewnątrz bo było bardzo ciepło jak na wieczór. Menu było tylko po francusku i Gideon musiał mi pomóc. Raphael też zaproponował Leslie pomoc ale ona stwierdziła że sama sobie poradzi. Wybrała sobie coś i już chciała wołać kelnera kiedy Raphael spytał z szerokim uśmiechem na twarzy:
-Napewno chcesz ślimaki?
-Och...-Leslie była trochę zdziwiona.-Myślałam że to...
-Może jednak ci pomogę?
Zaczęliśmy się śmiać kiedy Leslie podała Raphaelowi swoją kartę. Kiedy w końcu zamówiliśmy-nie znałam prawie żadnych potraw więc Gideon wybrał coś dla mnie-zadzwonił telefon Gideona.
-Kto to?-spytałam.
-Falk.-powiedział.-Już dzisiaj ósmy raz.
Po chwili kelner przyniósł zamówienie. Nie wiem co jadłam w każdym razie było pyszne ale nie dałam rady i zjadłam ledwo połowę. Leslie tak jak ja zostawiła połowę ale chłopcy byli chyba przyzwyczajeni do takich porcji bo zjedli całość. Po tym jak kelner zabrał talerze Gideon wstał i poszedł do łazienki. Leslie też tam poszła ale jak zawsze do damskiej kolejka była większa więc musiała stanąć na końcu.
-Ciężko jest tak żyć kiedy całe to zamieszanie z podróżami w czasie jest skupione na tobie Gwen?-spytał Raphael.
-Przyzwyczaiłam się już.-uśmiechnęłam się.-Najgorzej było na początku kiedy wszyscy o wszystkim wiedzieli a ja nie miałam pojęcia kto jest kto. Nawet- a tak w sumie to szczególnie- Gideon był przeciw wtajemniczeniu mnie w te ich sekrety.
-A Charlotta znała każdy szczegół.-posłał mi szeroki uśmiech.-Od sposobu trzymania wachlarza po biografie wszystkich znanych alchemików.
-Aż za często pokazywała to co ona wie a ja nie. Nie trzeba mi o tym przypominać.
Zadzwonił telefon Raphaela.
-O cholera.-mruknął.
-Co? Masz jakąś dziewczynę, którą ukrywasz przed Leslie i która właśnie dzwoni?-spytałam z sarkazmem.
-Nie. Les zabiłaby mnie za coś takiego. Moja mama dzwoni.
-O cholera.-powiedziałam.-Hm... Odbierz i udawaj że jesteś w Londynie, a jak spyta cię o Gideona to nie wiesz o co chodzi.
-Dobra. Widzisz czy wychodzi z tej łazienki?
-Nie. Mogę iść zobaczyć.-powiedziałam wstając od stołu.-Odbierz.
Westchnął i zmusił się do uśmiechu. Nacisnął zielony przycisk i przyłożył telefon do ucha.
-Cześć mamo.
Poszłam w stronę toalet i po drodze spotkałam Gideona. Najwyraźniej miałam niepokój wypisany na twarzy bo chwycił mnie za ręce i spytał z troską:
-Co się stało?
-Wasza mama właśnie zadzwoniła do Raphaela. Powiedziałam żeby udawał że jest w Londynie i że nie ma pojęcia gdzie ty jesteś. Nie wiem czy to było dobre wyjście ale...
-Najlepsze ze wszystkich. Chodź. Wracamy do stolika. Musimy zaraz iść żeby poddać się elapsji. Mam chronograf w tor... O cholera.
Spojrzałam tam gdzie Gideon i zobaczyłam kobietę z długimi, brązowymi włosami i pięknymi zielonymi oczami stojącą przy naszym stoliku i mówiącą coś do Raphaela. Gideon szybko cofnął się za róg i pociągnął mnie za sobą.
-Nie możemy go tak zostawić.-szepnęłam ściskając mocniej rękę Gideona.
-Wiem.-odpowiedział również szeptem.- Nie wziąłem tego pod uwagę.-zastanawiał się chwilę.-Już wiem. Powiem mamie że przyjechaliśmy tu żeby ją odwiedzić.
-A co jeśli Falk do niej dzwonił i powiedział że nas nie ma?
-Jestem pełnoletni i nie może mnie wysłać z powrotem do Londynu. Ty nie jesteś ale przyjechałaś ze mną, a poza tym nie ma nad tobą żadnej kontroli.
-No to chodźmy.-powiedziałam.-Uśmiechnij się bo mama w życiu ci nie uwierzy że się cieszysz z tego spotkania.
Poszedł za moją radą i objął mnie w talii. Musiałam się uśmiechnąć bo czułam jak trzęsą mu się ręce. Ścisnęłam, tą którą mnie obejmował i spojrzałam na niego pragnąc dodać mu otuchy. Wydało mi się śmieszne że denerwuje się rozmową z mamą, a jak musieliśmy opowiedzieć strażnikom o Hrabii de Saint Germain to uspokajał mnie i szedł uśmiechnięty od ucha do ucha. Gdy doszliśmy do stolika mama Gideona i Raphaela spojrzała na nas gniewnym wzrokiem.
-Gideon? A Ty co tu robisz?-spytała.
-Przyjechaliśmy do Francji bo chcieliśmy się z tobą spotkać mamo.-powiedział uśmiechając się.-Chcieliśmy przyjechać do was jutro i zrobić niespodziankę ale jak widać się nie udało.
Spojrzałam na Raphaela. Był trochę zbity z tropu ale kiedy zobaczył że na niego patrzę uśmiechnął się szeroko i powiedział:
-Wytłumaczysz wszystko mamie?-spytał Gideona.-Ja pójdę zobaczyć czy Leslie już wyszła.-wstał i poszedł w kierunku toalet.
Mogę przysiąc że usłyszałam jak Gideon mruknął pod nosem "zawsze się wymiga".
-Mamo to jest moja dziewczyna. Gwendolyn Shepherd.
-Dzień dobry.-przywitałam się.
Mama Gideona skinęła mi głową i obrzuciła zimnym spojrzeniem.
-To możemy przyjechać jutro na obiad?-zapytał Gideon.
-Tak... A czy Falk jest z wami?
-Nie, mamo jutro wszystko ci wytłumaczę ale cały dzień chodziliśmy po Paryżu i jesteśmy trochę zmęczeni więc wrócimy już do hotelu, dobrze?
-Dobrze... Obiad o siedemnastej. Do widzenia.-odwróciła się i odeszła.
-Ufff...-odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na Gideona.
-Chodź Gwenny. Musimy znaleźć jakieś bardziej ustronne miejsce żeby się przenieść.
W tym momencie podeszli do nas Leslie i Raphael.
-To co mamy zrobić z chronografem jak już się przeniesiecie?-spytała moja przyjaciółka.
-Jak już przeskoczymy to możecie zabrać go do hotelu i schować. My pochodzimy cztery godziny w 1990 roku i wrócimy.
-No to chodźmy. Może w tamtej ślepej uliczce?-zaproponowałam.
-Świetnie.
Stanęliśmy na końcu ślepej uliczki i Gideon wyjął chronograf z torby.
-Gwenny chodź pierwsza.-powiedział kucając przy chronografie.
Kucnęłam obok niego i wsadziłam palec w przegródkę pod rubinem. Poczułam ukłucie i coś zawirowało mi w brzuchu. Zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam byłam w 1990 roku.
***
Nocą Paryż jest jeszcze piękniejszy. Poszliśmy na spacer. A potem usiedliśmy na ławce. Oparłam głowę na ramieniu Gideona, a on objął mnie ramieniem i przyciągnął mocniej do siebie. Siedzieliśmy tak przez chwilę a potem pocałowałam go chcąc w ten sposób wyrazić chociaż w części moją miłość i wdzięczność do niego. Odwzajemnił pocałunek. Po paru minutach kiedy się od siebie odkleiliśmy okazało się że siedzę na kolanach Gideona, a jego koszula jest cała wymięta.
-Dziękuję.-powiedziałam.-Wiesz jak coś komuś udowodnić.
Uśmiechnął się i mocno mnie przytulił.
-Kocham cię.-szepnął z ustami tuż przy moim uchu.-I jedyne co mnie teraz niepokoi to, to że będę musiał jutro spędzić parę godzin w towarzystwie mojej matki i pana Bertelin.
Musiałam się uśmiechnąć.
-Ja też cię kocham.-odszepnęłam i wtuliłam się w niego jeszcze mocniej.-Wiesz że wcale nie musiałeś mi nic udowadniać, prawda?
-Ale chciałem.-powiedział i pocałował mnie w czubek głowy.
Siedzieliśmy tak przez chwilę, a potem Gideon spojrzał na zegarek i powiedział:
-To już zaraz Gwenny. Musimy przejść chociaż za róg bo za dużo osób się tu kręci.
-Eh...-westchnęłam schodząc z jego kolan.-Szybko minęło. Chodźmy.
Gideon wstał i wziął mnie za rękę i pociągnął za róg. Poczułam wirowanie w brzuchu. Puściłam rękę Gideona i zamknęłam oczy.

***

Było po pierwszej kiedy weszliśmy do apartamentu, w którym mieszkaliśmy i usiedliśmy na kanapie. Po chwili powiedziałam:
-Chyba pójdę wziąć prysznic.
-Idź. Rzeczy powinnaś mieć w swojej torbie. Szczoteczka dla ciebie jest u mnie zaraz ci dam, poczekaj.-powiedział wstając z kanapy.
Podszedł do torby i dał mi szczoteczkę.
-Ręczniki są w łazience.-powiedział i pocałował mnie w czoło.
Kiedy się wykąpałam, przebrałam w niedawno nabytą błękitną koszulę nocną i umyłam zęby wyszłam z łazienki szczotkując wciąż wilgotne włosy. Zobaczyłam że Gideon siedzi na fotelu przed telewizorem i coś czyta. Podeszłam i przysiadłam na oparciu. Gideon odłożył książkę na stolik z lampką.
-Zmęczona?-spytał głaszcząc mnie po ramieniu.
-Trochę.-odpowiedziałam zgodnie z prawdą.-Ale mogę jeszcze chwilę posiedzieć.
-Świetnie.-powiedział, złapał mnie w talii i przeciągnął z oparcia na swoje kolana.-Miałem taką nadzieję.
Uśmiechnęłam się i chciałam znowu zabrać się do czesania włosów ale Gideon wyjął mi szczotkę z ręki i spytał:
-Mogę?-nie czekają na odpowiedź obrócił mnie tak żebym siedziała przodem do telewizora, a tyłem do niego.
Zaczął delikatnie rozczesywać moje włosy. Gdy skończył odłożył szczotkę na stolik obok książki i odgarnął mi włosy na lewe ramię. Zaczął całować mnie w skroń, szyję a na końcu w ramię. Przekręciłam się tak że siedziałam teraz po skosie na kolanach Gideona i opierałam głowę na jego ramieniu. Gideon przytulił mnie mocno i zmienił program w telewizorze na inny gdzie właśnie zaczynało się "Przeminęło z wiatrem". Siedzieliśmy chwilę oglądając, a potem oczy zaczęły mi się zamykać.

Rozdział 5


Rozdział 5
Gideon
Przez jakiś czas głowiłem się nad tym jak udowodnić wszystko Gwen. W końcu wymyśliłem. Zabiorę ją do Paryża.

***
Gwendolyn
Ostatni miesiąc minął normalnie, a przynajmniej na tyle na ile normalne mogło być moje życie-I nie działo się nic nadzwyczajnego. Mój dzień wglądał tak: śniadanie, szkoła, elapsja razem z Gideonem I odrabianie lekcji I kolacja w domu. W weekendy: śniadanie, elapsja, obiad I popołudnie z Gideonem I kolacja w domu. Dzisiaj, w sobotę rano obudził mnie hałas jaki zwykle panuje podczas pakowania. I rzeczywiście. Kiedy wyszłam z pokoju zobaczyłam mamę biegającą po szwalni I zbierającą rzeczy porozrzucane po wszystkich kątach.
-O co chodzi mamo?-spytałam.
-Wczoraj wieczorem okazało się że muszę jechać na delegację.-powiedziała mama wrzucając czarne buty na obcasie do walizki.- Jakaś nowa dziewczyna miała jechać ale sie złamała nogę I moja szefowa wymyśliła że ja mam pojechać za nią
-A gdzie musisz jechać?
-Do Edynburgu.
-Na ile?
-Tydzień.
-Mamo pakujesz skarpetki Caroline.
-O Boże! Dziękuję. Muszę już iść.-powiedziała I pocałowała mnie w czoło.
-Pa.-uścisnęłam ją na pożegnanie.
-Pa.
Zbiegła po schodach zgarniając po drodze z komody dokumenty I telefon. Poszłam do pokoju. Kiedy kończyłam się ubierać zdzwonił mój telefon. Zobaczyłam że to Gideon I szybko odebrałam.
-Cześć.-usłyszałam głos z telefonu.
-Cześć.-powiedziałam-Co się stało?
-Mamy przełożoną elapsję. Przyjadę po ciebie o dziesiątej, dobrze?
-Okay. Ale dlaczego?
-Pewnie znowu coś im wypadło.
Rozmawialiśmy jeszcze pięć minut, a potem szybko się pożegnałam I rozłączyłam bo Caroline przyszła I powiedziała że Lady Arista jest wściekła bo jeszcze mnie nie ma. Zeszłam na śniadanie, które przebiegło nadzwyczaj spokojnie. Mamy już nie było. Kiedy skończyliśmy jeść była za piętnaście dziesiąta. Właśnie miałam wejść na górę kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Otworzyłam I zobaczyłam Leslie.
-Hej…-powiedziałam trochę zbita z tropu.-A nie miałyśmy się spotkać dopiero popołudniu?
-A przeszkadzam ci?-spytała unosząc brwi.
-Nie... tylko Gideon zaraz po mnie przyjedzie.
-Ja zaraz idę chciałam tylko pożyczyć coś do ubrania okej?
-Jasne. Chodź.
Weszłyśmy na górę. Leslie przebierała w mojej szafie, a ja poszłam do łazienki żeby poprawić makijaż. Kiedy wracałam do pokoju zobaczyłam Gideona wchodzącego po schodach.
-Hej.-powiedziałam.
-Hej.-powiedział, przyciągnął mnie do siebie I pocałował w usta.
Zarzuciłam mu ręce na szyję I zamknęłam oczy. Gideon przyciągnął mnie do siebie jeszcze mocniej obejmując w talii. Po chwili usłyszałam ciche skrzypienie schodów. Otworzyłam oczy I zobaczyłam Caroline stojącą przy schodach.
-Caroline.-szepnęłam zdejmując ręce z szyi Gideona I odsuwając się od niego.
Odwrócił się I uśmiechnął do mojej siostry. Otworzyłam drzwi do pokoju.
-Les muszę już iść...…-zaczęłam ale Leslie nie było.
-Minąłem się z nią w drzwiach.
-Dziwne.
-Chodź Gwenny. Musimy już jechać bo się spóźnimy.
Wzięłam torebkę I zeszłam z Gideonem na dół. Wsiedliśmy do samochodu I ruszyliśmy ale w inną stronę niż zwykle.
-Czy nie jedziemy w złą stronę?
-Nie.
-Ale zwykle jeździmy tam.-powiedziałam odwracając się I pokazując palcem do tyłu.
-Wiem.-uśmiechnął się do mnie.
-Gdzie my jedziemy?-spytałam zdezorientowana.
-Zobaczysz.

***
Staliśmy na lotnisku Heathrow. Gideon trzymał w jednej ręce dwie torby, a drugą ściskał mnie za rękę jakbym była małą dziewczynką, która może się zgubić.
-Pasażerowie lotu nr. Osiemdziesiąt cztery do Paryża proszeni do wejścia nr. siedem.-rozległ się głos z megafonu.
-Chodź Gwenny.-powiedział I pociągnął mnie za sobą do wejścia nr. Siedem.
-Czy my lecimy do Pary...?
-Tak. A masz coś przeciwko?
-Nie, tylko... dlaczego?
-Udowadniam ci to.
-Ale co?
-Pamiętasz jak graliśmy w tą grę z pytaniami? Spytałaś o mój pierwszy pocałunek.
Skinęłam głową.
-Powiedziałeś że to była Charlotta.
-I obiecałem udowodnić ci że Charlotta nic dla mnie nie znaczy.-uśmiechnął się do mnie.-Właśnie to robię.
-I zabierasz nie do Paryża?
-Na to wygląda.-uśmiechnął się jeszcze szerzej.-A teraz chodź bo spóźnimy się na samolot.
Pobiegliśmy w odpowiednie miejsce I wsiedliśmy do samolotu. Usiadłam na swoim miejscu przy oknie, a Gideon usiadł obok.
-Jesteś na mnie zła?-spytał.
-Nie.-odparłam zaskoczona.-Czemu coś takiego przyszło ci do głowy?
-Nie odzywasz się.
-Po prostu zastanawiam się jak udało ci się utrzymać to wszystko w tajemnicy.
-Nie było łatwo. Ale Leslie mi pomogła I Raphael też się przydał.-powiedział, a ja uśmiechnęłam się.-A tak nawiasem mówiąc to lecą z nami.
-Jak to?
-Tam siedzą.-pokazał palcem do tyłu.
Obejrzałam się do tyłu I Leslie pomachała do mnie. Zdążyła rzucić tylko szybkie“"Cześć!" bo Raphael pocałował ją w usta.
-Czyli wszyscy o tym wiedzieli, tak?-spytałam
-Leslie też miała nic nie wiedzieć ale usłyszała jak dzwonie do biura podróży kiedy przyszła do Raphaela I wierciła mu dziurę w brzuchu dopóki jej nie powiedział.
-A w ogóle to jakim cudem jestem spakowana?
-Dzisiaj Leslie do ciebie przyszła żeby pożyczyć pare ubrań, prawda?
-Tak…
-Wzięła torbę, spakowała cię I dała mi wszystko do samochodu zanim poszedłem po ciebie na górę.
-A strażnicy? W życiu by cię nie puścili samego z chronografem.
-Masz rację. Dlatego nic o tym nie wiedzą.
-Ale... Oni...Będziesz miał straszne kłopoty.
-Na pewno. Ale tydzień tylko z tobą jest tego wart.-szepnął I pocałował mnie.
Podniósł podłokietnik I przyciągnął mnie do siebie. Trwało to tylko chwilę, bo usłyszałam niezadowolone chrząknięcie. Otworzyłam oczy I zobaczyłam stewardesse w średnim wieku.
-Proszę opuścić podłokietniki, zapiąć pasy i ustawić fotele w pozycji pionowej powiedziała szorstkim tonem.
Zrobiliśmy to co kazała. Popatrzyłam na Gideona z uśmiechem.
-A gdzie się zatrzymamy na ten tydzień?
-W hotelu.
-Ile to wszystko kosztowało? Ja tak nie mogę…
-To ja ci coś udowadniam, tak? Nie powinno cię interesować ile to kosztowało.
-No... Dobrze. Ale wziąłeś chronograf, prawda?
-Tak, jasne że wziąłem.
-A gdzie będziemy się poddawać elapsji?
-Będziemy się przenosić do 1990 roku więc możemy po prostu chodzić po Paryżu, a chronograf będą trzymać w tym czasie Raphael I Leslie.
Westchnęłam I oparłam mu głowę na ramieniu.
-Jakie życie byłoby proste bez tego całego genu.
Gideon objął mnie ramieniem I pocałował w czubek głowy.
-Oj tak.-powiedział opierając swoją głowę na mojej.-Na pewno.

Rozdział 4

Rozdział 4
Gideon
Obudziłem się o ósmej. Gwen leżała na moim ramieniu, a ja obejmowałem ją w talii. Po chwili Gwenny zaczęła się wiercić. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do mnie.
-Dzień dobry-powiedziałem cicho i pocałowałem ją w czoło.
-Dzień dobry-szepnęła i pogłaskała mnie po policzku.
Leżeliśmy tak przez chwilę aż przerwało nam pukanie do drzwi.
-Gwen wstawaj!-usłyszałem głos Charlotty dochodzący zza drzwi.-Potrzebuję mojej suszarki do włosów!
Gwen westchnęła i zaczęła wyswobadzać się z moich objęć. Wstała, wzięła suszarkę z toaletki i otworzyła drzwi.
-Dzień dobry Charlotto.-powiedziała.-Miło że wstałaś.
-Co samochód Gideona robi przed naszym domem?!-spytała ignorując wypowiedź Gwen.-A jego kurtka I buty w przedpokoju?!
Dopiero teraz zacząłem dostrzegać jaka potrafi być denerwująca. Szybko wstałem z łóżka, podszedłem do drzwi, oparłem się jedną ręką o ich framugę, a drugą objąłem Gwen w talii i przyciągnąłem ją do siebie.
-Ciebie również miło widzieć Charlotto.-powiedziałem poirytowany.
-O...-powiedziała Charlotta trochę zbita z tropu.-Cześć.
-Cześć.-odpowiedziałem.
-No to... Ja już idę.-zakończyła i zeszła po schodach na dół.

* * *
Gwendolyn
Zjedliśmy śniadanie I Gideon pojechał do domu. Nagle zaczęłam się zastanawiać gdzie jest Xemerius. Nie musiałam długo się nad tym głowić, właśnie podleciał do mnie zdyszany I usiadł na moim ramieniu.
-Gdzie byłeś Xemi... Xemeriusie?-spytałam
-U cioci na imieninach.-odparł z sarkazmem.-A jak myślisz? Chciałem zobaczyć gdzie jest ten hrabia ale trochę pogubiłem się w korytarzach I wyszedłem obok Big Ben'a.
-To dlatego tak długo cię nie było.-zastanawiałam się głośno.- Ale co z tym hrabią?
-Zamknęli go w lochach pod Temple. Siedzi tam I gapi się tępo w sufit. Coś mnie ominęło? Wydajesz się być cała w skowronkach.
-Nic takiego.-powiedziałam I weszliśmy do środka.
Gdy szliśmy do mojego pokoju, na drugim piętrze usłyszeliśmy głos Charlotty:
-Spał u niej w pokojuuu...-szlochała.-Ona nie jest dla niego wystarczająco dobraaa.
-Charlotto spokojnie.-pocieszała ją ciotka Glenda.-W końcu zrozumie jaki popełnia błąd.
-Ale...Ale...Caroline mówiła przy śniadaniu że Gideon przyznał że...że...-lamentowała dalej
Przemknęłam szybko na palcach przez całe drugie piętro I dopiero w swoim pokoju odetchnęłam z ulgą.
-I to jest to NIC?!-spytał Xemerius.-Chłopak zostaje u ciebie na noc a ty mi mówisz że to NIC?!
-No bo nic.-uśmiechnęłam się niewinnie.-Do niczego nie doszło.
-Młoda damo musimy poważnie porozmawiać.-powiedział Xemerius z uśmiechem.-Ale za chwilę. Idę po jakiegoś gołąbka na śniadanie.
Odwzajemniłam uśmiech. Gdy już wyleciał przez okno zadzwoniłam do mojej najlepszej przyjaciółki Leslie.
-Cześć Les.-powiedziałam do przyjaciółki
-Cześć. Czemu wczoraj do mnie nie zadzwoniłaś jak poszła ta rozmowa o zdarzeniach z ostatnich dni?-wypaliła
-Kompletnie zapomniałam, przepraszam. Wczoraj był u mnie Gideon i...
-I co?-dopytywała się Leslie.
-Zjadł z nami kolację I został na noc...
-Że co?!-spytała z niedowierzaniem.-I ty próbujesz mi wmówić że twoja mama się na to zgodziła?!
-Myślę że po jego deklaracjach z ostatniego wieczoru...…
-Czekaj, czekaj. Jakich deklaracjach?
-No więc...…
-Dobra.-nie dała mi skończyć.-Może po prostu do ciebie przyjdę I wszystko mi opowiesz.
-Okej.
-To będę za kwadrans. Pa.-powiedziała I się rozłączyła
No I rzeczywiście. Leslie była u mnie już piętnaście minut później, a ja wszystko jej opowiedziałam. Nie mogłam nic pominąć bo moja najlepsza przyjaciółka by mnie zabiła. I chociaż jestem nieśmiertelna ona jest na tyle zdolna by to zrobić. Właśnie zakończyłam swoją opowieść gdy usłyszałyśmy pukanie do drzwi:
-Proszę.-powiedziałam
-Można?-spytał Gideon wsuwając głowę do pokoju przez na wpół otwarte drzwi I uśmiechnął się do Leslie w ramach przywitania.-Gwen musimy jechać na elapsję.
-Ale mieliśmy być jak zawsze w niedzielę dopiero o szesnastej.
-Jakieś spotkanie im się przesunęło no I wiesz jak to jest.-powiedział.-Leslie jak chcesz to podrzucimy cię do domu. Oczywiście jeśli mi powiesz gdzie to jest.-zakończył z uśmiechem.
-Dzięki za propozycję ale muszę jeszcze wstąpić do biblioteki. Ale jeśli naprawdę chcesz to możesz podrzucić mnie do najbliższego metra.-odpowiedziała I również się uśmiechnęła.

***
Podczas elapsji ja musiałam czytać jakąś nudną książkę na angielski. Siedziałam na zielonej sofie gdzieś w 1953 roku.Gideon położył mi głowę na kolanach I cały wyciągnął się na sofie, a nogi dyndały mu nad ziemią. Miał słuchawki w uszach I chyba zasnął. Bezwiednie zaczęłam się bawić jego włosami. Piąty raz czytałam to samo zdanie. Ta książka była beznadziejna.
-Uch, to jest głupie.-powiedziałam stanowczym tonem I zatrzasnęłam książkę.
-To co chcesz robić?-spytał Gideon zdejmując słuchawki I siadając.
-Nie wiem.-odpowiedziałam.-Może pójdziemy na górę?
-Gwen tutaj jest środek nocy. Twojego dziadka nawet nie ma w Temple.
-Racja. Zapomniałam.
Przez chwilę milczeliśmy a potem odezwał się Gideon:
-Tak sobie pomyślałem...-zaczął.-Zobacz: jesteśmy razem a... a ja nie wiem nawet jaki jest twój ulubiony zespół czy nawet potrawa albo kolor. Może zagramy w taką grę: Ja zadaję pytanie ty odpowiadasz, a potem na odwrót.
Milczeliśmy przez chwilę.
-No dobrze.-powiedziałam niechętnie.-Ale zgadzam się tylko dlatego że nie wiem kiedy się urodziłeś.
Gideon uśmiechnął się do mnie I powiedział:
-Dwudziestego czwartego czerwca, a ty?
-Ósme... Przepraszam siódmego października. Dowiedziałam się o tym niedawno I jeszcze nie wbiłam do głowy.-teraz ja się uśmiechnęłam.
-Racja, powinienem o tym pamiętać. Teraz twoja kolej.
-Ulubiony kolor?
-Niebieski. A twój?
Spojrzałam na jego oczy I już wiedziałam.
-Zielony. Pierwszy pocałunek?
Gideon przez chwilę się nie odzywał, tylko siedział z zagryzioną dolną wargą.
-No więc...-zaczął w końcu.-To była...
Znowu chwila ciszy.
-Charlotta.-wyszeptał nie patrząc na mnie.
-Aha.-powiedziałam I choć spodziewałam się tej odpowiedzi to trochę mną wstrząsnęła.- Kiedy to było?
-Ja miałem szesnaście lat. To było chwilę przed moim pierwszym przeskokiem w czasie.
Czyli Charlotta miała czternaście lat.
-Gwenny, Charlotta nie jest dla mnie nikim więcej jak tylko dobrą koleżanką...
Gideon pocałował Charlottę.
-Lubię ją ale ostatnio zaczyna mnie coraz częściej denerwować. Właśnie po tym pocałunku zdałem sobie sprawę że nie może być dla mnie nikim więcej jak przyjaciółką…
Gideon pocałował Charlottę.
-Na prawdę Gwenny, to ciebie kocham.-powiedział I jakby dla podkreślenia tych słów pocałował mnie w usta.
Tylko jedna myśl krążyła mi po głowie (Gideon pocałował Charlottę), ale "automatycznie" zarzuciłam mu ręce na szyję. Całowaliśmy się “kilka minut, a przynajmniej tak mi się wydawało. W rzeczywistości minęła godzina co stwierdziłam patrząc ukradkiem na zegarek Gideona. Musiałam odsunąć go delikatnie.
-Zaraz przeskoczymy z powrotem. Musimy teraz przestać.
-Masz rację, zupełnie zapomniałem o czasie. Masz może szczotkę do włosów? Nie powinni zobaczyć cię w takim stanie bo od razu wszystkiego się domyślą.
-Jasne że mam. Już jestem przygotowana na takie sytuacje.-powiedziałam I uśmiechnęłam się lekko.
Odwzajemnił uśmiech.
-A jeśli chcesz wiedzieć-zaczęłam grzebiąc w torbie.-to z mojej strony chłopak miał na imię Mortimer i nasz "związek" i zakończył się po dwóch tygodniach za porozumieniem stron.
-Naprawdę, Gwenny Charlotta nic dla mnie nie zna...
-Myślałam że skończyliśmy ten temat.-przerwałam mu szczotkując włosy.-A tak na marginesie dzięki że mi przypomniałeś.
-Gwen udowodnię ci to.
-Niby jak?-spytałam z rozbawieniem.
-Zobaczysz.-powiedział I zniknął mi z oczu.

Rozdział 3


Rozdział 3
Gwendolyn
Po zjedzeniu kanapek przyniesionych przez Gideona położyliśmy się na trawie I patrzyliśmy na sunące po niebie obłoki. Po czwartej Gideon powiedział wstając, że musimy się zbierać żeby zdążyć na elapsje. Zgodziłam się z nim i niechętnie zaczęłam podnosić się z ziemi. Uprzedził mnie pomagając mi wstać.
-Chciałabym przychodzić tu częściej.-Stwierdziłam patrząc z utęsknieniem na strumyk oddalający się od nas z każdym krokiem w kierunku wzgórza.
-Może uda się jakoś to załatwić.-Powiedział uśmiechając się do mnie.-Ale mam nadzieję że ten pies I jego pani będą mieli wtedy wolne. Krzyczała na nie dobre pięć minut za to, że źle trzymałem “Pimpusia”.
-To dlatego miałeś minę skazańca kiedy wracałeś na dół.-Powiedziałam wybuchając śmiechem.
-Wcale nie byłoby ci do śmiechu gdybyś ją słyszała.-Powiedział niby poważnym tonem jednak nie zdołał powstrzymać uśmiechu.-”Pimpuś musi być trzymany dwiema rękami pod brzuszkiem młody człowieku! Inaczej robi mu się niedobrze!- Powiedział próbując naśladować głos tamtej pani.
Zaczęłam śmiać się jeszcze bardziej, a Gideon dołączył do mnie.
* * *
Na elapsje dotarliśmy kilka minut po osiemnastej. Tym razem przywitał nas Pan Marley. Był on adeptem 1 stopnia o płomiennorudych włosach I zawsze kiedy się denerwował uszy robiły mu się całe czerwone. Zaprowadził nas pod pracownię Madam Rossini I już chciał zawiązać mi oczy kiedy Gideon krzyknął:
-Co pan robi?!
-Zawiązuję oczy pannie Gwendolyn.-Odparł nieco speszony Marley.
-Co tu się dzieje?- Spytał pan George wyłaniając się zza rogu.
-Pan Marley…-Zaczął rozwścieczony Gideon ale pan George nie dał mu dokończyć.
-Cóż pan wyprawia Marley?! Czy myśli pan, że po tym co Gwendolyn I Gideon nam powiedzieli nadal będziemy wszystko przed nią ukrywać?!
-No…nnie…ale…mmyślałem… że może…-Jąkał się Marley
-Niech pan lepiej nie myśli tylko pyta się tych wyżej postawionych.-Burknął Gideon nie kryjąc złości.-Gwenny chodź. Zaprowadzę cię do chronografu I wszystko przy nim ustawię, dobrze?-To ostatnie było skierowane do pana Georga, który skinął głową.
Gideon wyciągnął do mnie rękę. Położyłam na niej swoją, a on delikatnie ją ścisnął I poszliśmy w kierunku schodów prowadzących do pomieszczenia z chronografem.
* * *
Usiedliśmy na zielonej sofie w 1953 roku. Gideon objął mnie ramieniem I zaczął pomstować na pana Marleya. Gdy padło słowo "merde" położyłam mu palec na ustach I wstałam z kanapy.
-Nie możemy spędzić tak czterech godzin.-Powiedziałam-Proponuję małą wycieczkę na górę.-Dokończyłam uśmiechając się do niego lekko I odwracając do ceglanej ściany.
-Ale jak?-Zapytał Gideon-Przecież nie mamy klu...-Przerwał I zrobił wielkie oczy gdy zobaczył jak wyjmuję jedną z cegieł, a za nią są klucze, mapa I karteczka z hasłem dnia.-Ale skąd? Jak?
-Musiałam mieć jakiś sposób na spotkania z Lucasem więc dorobił mi kluczę, wsadził mapę korytarzy I karteczkę z hasłem dnia w miejsce za obluzowaną cegłą.
Gideon był pod wrażeniem. Przeprosił mnie za to że kiedyś mi nie uwierzył I jak mnie wtedy potraktował. Wzięliśmy kluczę I wyszliśmy nie zamykając za sobą drzwi.
* * *
-A więc to ty jesteś tym małym draniem z rodziny de Villers?-Zapytał Lucas gdy weszliśmy do jego gabinetu, a ja przedstawiłam Gideona.
-Tak.-Odpowiedział Gideon.-To chyba ja.-Dokończył patrząc na mnie z uśmiechem.
-A więc droga wnuczko I Gideonie co chcielibyście robić w tych czasach?-Spytał mój dziadek.-Możemy udać się na światową wystawę psów w Hide parku. Albo... Nie, nie ma tu nic innego do zrobienia.-Stwierdził z dezaprobatą.
-Chyba nie mamy odpowiednich ubrań jak na taką wycieczkę.-Odparłam z uśmiechem.-Może po prostu zostaniemy tutaj I napijemy się herbaty?
-Masz rację.-Powiedział Lucas-To będzie najrozsądniejsze co możemy zrobić.
***
Gdy wróciliśmy z elapsji Gideon odwiózł mnie do domu. Drzwi otworzyła Mama bo Pan Bernhard miał wolne. Przytuliłam ją w drzwiach.
-Cześć mamo.-przywitałam się.
-Dobry wieczór Pani Shepherd.-powiedział uprzejmie Gideon.
-Dobry wieczór.-odpowiedziała mama.-Właśnie siadamy do kolacji. Moja matka jest razem z Glendą i Charlottą w teatrze i obawiam się że prędko nie wrócą. Wyszły jakąś godzinę temu. Może zostaniesz u nas na kolacji?-to ostatnie było skierowane do Gideona.
-Nie chciałbym robić kłopotu.-powiedział Gideon.
-Oj, nie przesadzaj.-powiedziałam przewracając oczami.-No chodź!
I pociągnęłam go za rękę w głąb przedpokoju. Mama poszła do kuchni, a Gideon pomógł mi zdjąć kurtkę. Gdy weszliśmy do jadalni powitała nas Caroline.
-Byliśmy dzisiaj w kinie, wiesz? To była Roszpunka i mama kupiła mi taką lalkę.-powiedziała pokazując nam długowłosą lalkę Barbie.
-Super.-powiedział Gideon.-Następnym razem muszę iść z wami.
Uśmiechnęłam się.
-Kolacja.-powiedziała mama.- Mam nadzieję że lubisz spaghetti?
-Tak.-odpowiedział.- Nawet bardzo.
-Cieszę się.-mama uśmiechnęła się
Gideon usiadł pomiędzy Caroline I mną.
-Czy Gwenny jest ładna?-spytała się Caroline
-Bardzo.-odpowiedział
-Tak jak moja lalka?
-Tak.
-Kochasz ją?
-Oczywiście że tak.
-Hmmm...To znaczy że się z nią ożenisz, prawda?-spytała Caroline po chwili namysłu.
Wszystkich nas zamurowało. Szczerze mówiąc poza moim snem nie myślałam jeszcze nigdy o ślubie.
-Caroline, Gideon i Gwenny są jeszcze bardzo młodzi i nie muszą podejmować takich decyzji jak ślub.-powiedziała moja mama
-Co nie znaczy że nie kocham Gwenny.-powiedział Gideon patrząc na mnie z uśmiechem, który natychmiast odwzajemniłam. W tej chwili rozległ się grzmot i światło zgasło. Caroline pisnęła ze strachu.
-Spokojnie. To tylko burza kochanie.-Powiedziała mama biorąc Caroline na kolana.-Gwen możesz poszukać świeczek?
-Już idę, a gdzie mogą być?
-Chyba powinny być w schowku obok przedpokoju.
-Pomogę ci.-zadeklarował się Gideon.
Wrócilśmy po kwadransie bo znaleźliśmy je na najwyższej półce i Gideon musiał mnie podsadzić. Gdy w końcu zapaliliśmy świeczki mama wzięła jedną i poszła z Nickiem i Caroline na górę by położyć ich spać. Usiedliśmy z Gideonem na kanapie przy kominku w salonie. Po paru minutach powiedział:
-Chyba muszę już iść.-i zaczął się podnosić.
-Nigdzie nie pójdziesz.-powiedziała moja mama stanowczo do Gideona.-Nie puszczę cię do domu w taką pogodę i o tej porze. Możesz zostać u nas i spać w pokoju gościnnym.
-Nie chcę robić kłopo...-zaczął.
-Mamo możemy wyciągnąć materac.
-Dobrze. Idę po materac zaraz go przyniosę a wy możecie już iść do twojego pokoju Gwenny.
I poszliśmy. W moim pokoju przypomniałam sobie że pod poduszką mam koszulę nocną z Hello Kitty więc otworzyłam szafę żeby wziąć jakąś inną pidżamę, bo nie miałam zamiaru paradować przed Gideonem w takiej z Hello Kitty. Ale okazało się że w szafie mam tylko koszulę od cioci Maddy, której rękawy I dekolt obszyte są falbankami, a cała reszta jest w kwiecistych wzorach. Wybrałam Hello Kitty i wzięłam ją do łazienki żeby się przebrać. W tym czasie mama zdążyła przynieść materac, a jak wróciłam Gideon już na nim leżał w podkoszulku I bokserkach. Kiedy weszłam podniósł się I powiedział:
-Hello Kitty.-Uśmiechnął się.-Jakie słodkie.
Szturchnęłam go lekko w bok.
-I za to nie dostanę buziaka na dobranoc?-spytał z miną poszkodowanego.
Pocałowałam go szybko w policzek i położyłam się w łóżku. Błysk za oknem na chwilę oświetlił pokój, a ja ujrzałam szeroki uśmiech na twarzy Gideona.
-Ty wcale nie zamierzasz spać na materacu, prawda?
-Nie, nie zamierzam.-to mówiąc położył się obok mnie na łóżku.
-Dobranoc.-powiedziałam sennym głosem.
-Dobranoc.
***
Gideon
Gwenny szybko zasnęła. Jej głowa leżała na moim ramieniu, a ja słuchałem jak oddycha spokojnie. Kosmyk włosów spadł jej na czoło. Delikatnie odgarnąłem go i pocałowałem ją w czoło. Przytuliła sie do mnie mocniej obejmując ręką w pasie. Była taka piękna, jak mogłem tego nie dostrzegać na początku? Dlaczego zachowywałem się wtedy jak arogancki dupek? Nie zdążyłam odpowiedzieć sobie na to pytanie bo Gwen mruknęła pod nosem "śpij". I postanowiłem jej posłuchać. Chociaż raz w życiu.

niedziela, 20 października 2013

Rozdział 2

Witam,
póki co rrozdziały będą dodawane raczej szybko, ponieważ już od jakiegoś czasu pisałam to opowiadanie, tyle, że go nie upubliczniałam. Bardzo dziękuję za komentarz, Whatever&Whoever.  Zapraszam do czytania :)
Pozdrawiam 
Cassandra Follow

Rozdział 2

Gwendolyn
Po zjedzeniu kanapek przyniesionych przez Gideona położyliśmy się na trawie I patrzyliśmy na sunące po niebie obłoki. Po czwartej Gideon powiedział wstając, że musimy się zbierać żeby zdążyć na elapsje. Zgodziłam się z nim i niechętnie zaczęłam podnosić się z ziemi. Uprzedził mnie pomagając mi wstać.
-Chciałabym przychodzić tu częściej.-Stwierdziłam patrząc z utęsknieniem na strumyk oddalający się od nas z każdym krokiem w kierunku wzgórza.
-Może uda się jakoś to załatwić.-Powiedział uśmiechając się do mnie.-Ale mam nadzieję że ten pies I jego pani będą mieli wtedy wolne. Krzyczała na nie dobre pięć minut za to, że źle trzymałem “Pimpusia”.
-To dlatego miałeś minę skazańca kiedy wracałeś na dół.-Powiedziałam wybuchając śmiechem.
-Wcale nie byłoby ci do śmiechu gdybyś ją słyszała.-Powiedział niby poważnym tonem jednak nie zdołał powstrzymać uśmiechu.-”Pimpuś musi być trzymany dwiema rękami pod brzuszkiem młody człowieku! Inaczej robi mu się niedobrze!- Powiedział próbując naśladować głos tamtej pani.
Zaczęłam śmiać się jeszcze bardziej, a Gideon dołączył do mnie.
* * *
Na elapsje dotarliśmy kilka minut po osiemnastej. Tym razem przywitał nas Pan Marley. Był on adeptem 1 stopnia o płomienno-rudych włosach I zawsze kiedy się denerwował uszy robiły mu się całe czerwone. Zaprowadził nas pod pracownię Madam Rossini I już chciał zawiązać mi oczy kiedy Gideon krzyknął:
-Co pan robi?!
-Zawiązuję oczy pannie Gwendolyn.-Odparł nieco speszony Marley.
-Co tu się dzieje?- Spytał pan George wyłaniając się zza rogu.
-Pan Marley…-Zaczął rozwścieczony Gideon ale pan George nie dał mu dokończyć.
-Cóż pan wyprawia Marley?! Czy myśli pan, że po tym co Gwendolyn I Gideon nam powiedzieli nadal będziemy wszystko przed nią ukrywać?!
-No…nnie…ale…mmyślałem… że może…-Jąkał się Marley
-Niech pan lepiej nie myśli tylko pyta się tych wyżej postawionych.-Burknął Gideon nie kryjąc złości.-Gwenny chodź. Zaprowadzę cię do chronografu I wszystko przy nim ustawię, dobrze?-To ostatnie było skierowane do pana Georga, który skinął głową.
Gideon wyciągnął do mnie rękę. Położyłam na niej swoją, a on delikatnie ją ścisnął I poszliśmy w kierunku schodów prowadzących do pomieszczenia z chronografem.
* * *
Usiedliśmy na zielonej sofie w 1953 roku. Gideon objął mnie ramieniem I zaczął pomstować na pana Marleya. Gdy padło słowo "merde" położyłam mu palec na ustach I wstałam z kanapy.
-Nie możemy spędzić tak czterech godzin.-Powiedziałam-Proponuję małą wycieczkę na górę.-Dokończyłam uśmiechając się do niego lekko I odwracając do ceglanej ściany.
-Ale jak?-Zapytał Gideon-Przecież nie mamy klu...-Przerwał I zrobił wielkie oczy gdy zobaczył jak wyjmuję jedną z cegieł, a za nią są klucze, mapa I karteczka z hasłem dnia.-Ale skąd? Jak?
-Musiałam mieć jakiś sposób na spotkania z Lucasem więc dorobił mi kluczę, wsadził mapę korytarzy I karteczkę z hasłem dnia w miejsce za obluzowaną cegłą.
Gideon był pod wrażeniem. Przeprosił mnie za to że kiedyś mi nie uwierzył I jak mnie wtedy potraktował. Wzięliśmy kluczę I wyszliśmy nie zamykając za sobą drzwi.
* * *
-A więc to ty jesteś tym małym draniem z rodziny de Villers?-Zapytał Lucas gdy weszliśmy do jego gabinetu, a ja przedstawiłam Gideona.
-Tak.-Odpowiedział Gideon.-To chyba ja.-Dokończył patrząc na mnie z uśmiechem.
-A więc droga wnuczko I Gideonie co chcielibyście robić w tych czasach?-Spytał mój dziadek.-Możemy udać się na światową wystawę psów w Hide parku. Albo... Nie, nie ma tu nic innego do zrobienia.-Stwierdził z dezaprobatą.
-Chyba nie mamy odpowiednich ubrań jak na taką wycieczkę.-Odparłam z uśmiechem.-Może poprostu zostaniemy tutaj I napijemy się herbaty?
-Masz rację.-Powiedział Lucas-To będzie najrozsądniejsze co możemy zrobić.
***
Gdy wróciliśmy z elapsji Gideon odwiózł mnie do domu. Drzwi otworzyła Mama bo Pan Bernhard miał wolne. Przytuliłam ją w drzwiach.
-Cześć mamo.-przywitałam się.
-Dobry wieczór Pani Shepherd.-powiedział uprzejmie Gideon.
-Dobry wieczór.-odpowiedziała mama.-Właśnie siadamy do kolacji. Moja matka jest razem z Glendą i Charlottą w teatrze i obawiam się że prędko nie wrócą. Wyszły jakąś godzinę temu. Może zostaniesz u nas na kolacji?-to ostatnie było skierowane do Gideona.
-Nie chciałbym robić kłopotu.-powiedział Gideon.
-Oj, nie przesadzaj.-powiedziałam przewracając oczami.-No chodź!
I pociągnęłam go za rękę w głąb przedpokoju. Mama poszła do kuchni, a Gideon pomógł mi zdjąć kurtkę. Gdy weszliśmy do jadalni powitała nas Caroline.
-Byliśmy dzisiaj w kinie, wiesz? To była Roszpunka i mama kupiła mi taką lalkę.-powiedziała pokazując nam długowłosą lalkę Barbie.
-Super.-powiedział Gideon.-Następnym razem muszę iść z wami.
Uśmiechnęłam się.
-Kolacja.-powiedziała mama.- Mam nadzieję że lubisz spaghetti?
-Tak.-odpowiedział.- Nawet bardzo.
-Cieszę się.-mama uśmiechnęła się
Gideon usiadł pomiędzy Caroline I mną.
-Czy Gwenny jest ładna?-spytała się Caroline
-Bardzo.-odpowiedzał
-Tak jak moja lalka?
-Tak.
-Kochasz ją?
-Oczywiście że tak.
-Hmmm...To znaczy że się z nią ożenisz, prawda?-spytała Caroline po chwili namysłu.
Wszystkich nas zamurowało. Szczerze mówiąc poza moim snem nie myślałam jeszcze nigdy o ślubie.
-Caroline, Gideon i Gwenny są jeszcze bardzo młodzi i nie muszą podejmować takich decyzji jak ślub.-powiedziała moja mama
-Co nie znaczy że nie kocham Gwenny.-powiedział Gideon patrząc na mnie z uśmiechem, który natychmiast odwzajemniłam. W tej chwili rozległ się grzmot i światło zgasło. Caroline pisnęła ze strachu.
-Spokojnie. To tylko burza kochanie.-Powiedziała mama biorąc Caroline na kolana.-Gwen możesz poszukać świeczek?
-Już idę, a gdzie mogą być?
-Chyba powinny być w schowku obok przedpokoju.
-Pomogę ci.-zadeklarował się Gideon.
Wróciłśmy po kwadransie bo znaleźliśmy je na najwyższej półce i Gideon musiał mnie podsadzić. Gdy w końcu zapaliliśmy świeczki mama wzięła jedną i poszła z Nickiem i Caroline na górę by położyć ich spać. Usiedliśmy z Gideonem na kanapie przy kominku w salonie. Po paru minutach powiedział:
-Chyba muszę już iść.-i zaczął się podnosić.
-Nigdzie nie pójdziesz.-powiedziała moja mama stanowczo do Gideona.-Nie puszczę cię do domu w taką pogodę i o tej porze. Możesz zostać u nas i spać w pokoju gościnnym.
-Nie chcę robić kłopo...-zaczął.
-Mamo możemy wyciągnąć materac.
-Dobrze. Idę po materac zaraz go przyniosę a wy możecie już iść do twojego pokoju Gwenny.
I poszliśmy. W moim pokoju przypomniałam sobie że pod poduszką mam koszulę nocną z Hello Kitty więc otworzyłam szafę żeby wziąść jakąś inną pidżamę, bo nie miałam zamiaru paradować przed Gideonem w takiej z Hello Kitty. Ale okazało się że w szafie mam tylko koszulę od cioci Maddy, której rękawy I dekold obszyte są falbankam, a cała reszta jest w kwiecistych wzorach. Wybrałam Hello Kitty i wzięłam ją do łazienki żeby się przebrać. W tym czasie mama zdążyła przynieść materac, a jak wróciłam Gideon już na nim leżał w podkoszulku I bokserkach. Kiedy weszłam podniósł się I powiedział:
-Hello Kitty.-Uśmiechnął się.-Jakie słodkie.
Szturchnęłam go lekko w bok.
-I za to nie dostanę buziaka na dobranoc?-spytał z miną poszkodowanego.
Pocałowałam go szybko w policzek i położyłam się w łóżku. Błysk za oknem na chwilę oświetlił pokój, a ja ujrzałam szeroki uśmiech na twarzy Gideona.
-Ty wcale nie zamierzasz spać na materacu, prawda?
-Nie, nie zamierzam.-to mówiąc położył się obok mnie na łóżku.
-Dobranoc.-powiedziałam sennym głosem.
-Dobranoc.
***
Gideon
Gwenny szybko zasnęła. Jej głowa leżała na moim ramieniu, a ja słuchałem jak oddycha spokojnie. Kosmyk włosów spadł jej na czoło. Delikatnie odgarnąłem go i pocałowałem ją w czoło. Przytuliła sie do mnie mocniej obejmując ręką w pasie. Była taka piękna, jak mogłem tego nie dostrzegać na początku? Dlaczego zachowywałem się wtedy jak arogancki dupek? Nie zdążyłam odpowiedziać sobie na to pytanie bo Gwen mruknęła pod nosem "śpij". I postanowiłem jej posłuchać. Chociaż raz w życiu.


środa, 9 października 2013

Powitanie i rozdział 1 :)

Witam,
Ten blog poświęcony jest kontynuacji "Trylogii czasu" Kertin Gier. Dzieje się zaraz po zakończeniu ostatniej części. Opowiada o wymyślonych przeze mnie losach Gideona i Gwendolyn. Jeszcze nie spotkałam się z polskim blogiem w tej tematyce, więc mogę tylko mieć nadzieję, że może kogoś to zainteresuje :). Fanów Harrego Pottera zapraszam na mojego drugiego bloga kocham-cie-dwa-male-slowa.blogspot.com (blog dotyczący Dramione)
Pozdrawiam
Cassandra Follow

…
Rozdział 1

Gwendolyn
To był ten dzień, mój dzień. Kroczyłam alejką pełną białych kwiatów. Otaczały mnie kwitnące jabłonie, a pod nimi stali moi najbliżsi. Moja młodsza siostra Caroline szła za mną i trzymała mój długi welon. Ja sama miałam na sobie białą, dość szeroką sukienkę zaprojektowaną i uszytą przez samą Madame Rossini. Wszyscy goście byli ubrani na biało. A... no i jeszcze on, Gideon. Stał na końcu ścieżki pod łukiem, z którego wiły się pnącza białych róż. On też miał na sobie biały strój. Z tą tylko różnicą, że on miał garnitur, a ja suknie o średnicy dwóch metrów. Gideon uśmiechnął się promiennie, gdy zobaczył jak wchodzę, z trzymającym mnie pod rękę panem Georgem. Xemerius, mały posępny demon gargulec, wisiał nad nami z wielkim uśmiechem na twarzy i nucił marsz weselny. Gdy dotarłam do, wspomnianego już wcześniej, różanego łuku. Gideon uśmiechnął się jeszcze szerzej. Odwzajemniłam uśmiech i oboje odwróciliśmy się przodem do miejsca, w którym powinien stać ksiądz. Jednak nie było tam księdza. Zamiast niego stał, a raczej wisiał w powietrzu, duch Hrabiego di Madrone (założyciela Sojuszu Florenckiego). Na ustach zamarł mi niemy krzyk.
- Krew demonów zrosi ziemię - powiedział duch i zamachnął się na nas szpadą. W tym momencie wszystko zniknęło mi z oczu i usłyszałam znajomy dziecięcy głos. Gdy uchyliłam powieki, ujrzałam burzę rudych włosów opadających na moją twarz, które należały do Caroline.
- Gwenny, wstawaj! - krzyknęła.- Jest po dziewiątej, a wiesz jaka jest Lady Arista.
- Po dziewiątej! - odkrzyknęłam i zerwałam się z łóżka. - O dziesiątej przyjedzie po mnie Gideon! O Boże! Nie zdążę! Od czego zacząć! W co się ubrać! - panikowałam.
- Proponuję ubrać się w byle co i zejść na śniadanie, zanim moja matka sama się tu pofatyguje - powiedziała spokojnie moja mama, wchodząc do pokoju i uśmiechając się. - Potem się przebierzesz.
Obie wyszły z pokoju, a ja zrobiłam to co zaproponowała.
* * *
Po śniadaniu przebrałam się w niebieską przewiewną sukienkę w białe kwiaty. Punktualnie o dziesiątej trzydzieści samochód Gideona zajechał pod mój dom. Tak naprawdę stałam tam już od jakichś dziesięciu minut, ale mniejsza z tym. Najważniejsze że przyjechał.
- Gotowa? - Spytał wysiadając.
- Gotowa, jeśli i ty jesteś gotów.
***
Po godzinie jazdy, trzech korkach i jednych zepsutych światłach dotarliśmy do Temple. Pan George przywitał nas w wejściu słowami "Co tak długo? Na miłość boską! Gideonie, co ja ci mówiłem o punktualności. Chodźcie wszyscy na nas czekają." Poszliśmy za nim do smoczej sali. Już przed drzwiami usłyszeliśmy gwar rozmów, z którego wynikało że w środku znajdowało się jakieś piętnaście osób. Gdy pan George otworzył drzwi, przeraził mnie widok nie piętnastu, ale około PIĘĆDZIESIĘCIU osób. Pan George wszedł do sali pierwszy, a kiedy już miałam wejść za nim Gideon odciągnął mnie za drzwi, przyciągnął do siebie i zapytał:
- Dasz radę? Czy ja mam mówić?
- Nie wiem. - odpowiedziałam - Ale jeśli mam mówić to co? Wszystko? Czy tylko część? A jak część, to którą? No i znowu nawijam, jak karabin maszynowy. Gideonie, tak się denerwuję. A co jeśli powiem za dużo?
- Ciii. - Szepnął, kładąc mi palec na ustach. - To może ja będę mówić, a ty usiądziesz obok i będziesz potakiwać, dobrze?
Pokiwałam głową, a on mnie mnie puścił, lecz po chwili namysłu znowu objął mnie w talii i wkroczyliśmy tak razem do smoczej sali. W tej chwili zapadła w niej martwa cisza. Przez to stałam się jeszcze bardziej nerwowa. Zagryzłam dolną wargę najmocniej, jak mogłam, by z nerwów nie wybuchnąć histerycznym śmiechem. Gideon przyciągnął mnie do siebie mocniej i uśmiechnął się uspakajająco. Od razu zrobiło mi się lżej na sercu, ale nogi nie przestały mi drżeć ani trochę, za to zęby już nie szczękały. Gdy doszliśmy do pierwszej wolnej kanapy, która znajdowała się na samym środku, tuż pod wielkim, siedmiometrowym smokiem wiszącym pod sufitem, Gideon delikatnie posadził mnie na niej, a sam przysiadł na oparciu, gładząc mnie po włosach czubkami palców.
- Gideonie, Gwendolyn, możecie nam wytłumaczyć, o co tutaj chodzi i co ma z tym wspólnego pan Whitman? - Spytał Falk de Villers - czterdziestoparoletni wuj Gideona i Wielki mistrz tajnej Loży strażników.
- To długa historia - powiedział Gideon, obejmując mnie i uśmiechając się lekko.

* * *

- Uff...… Na szczęście już po wszystkim. - powiedziałam do Gideona, gdy wsiadaliśmy do jego samochodu. - Dziękuje, że nie kazałeś mi mówić.
- Najważniejsze, że nam uwierzyli. - stwierdził, wsuwając kluczyk do stacyjki. - Zastanawiam się, co zrobią z tym do czego doprowadzili w przypadku Lucy i Paula. Może napiszą jakieś przeprosiny na pięć stron albo coś w tym stylu.
- Nie powiedziałeś im o drugim chronografie. Dlaczego?
Westchnął.
- Popatrz na to z ich punktu widzenia, Gwenny. Kolejna para nastolatków, która mówi że jeden z ich najwierniejszych i najwyżej postawionych ludzi jest Hrabią de Saint Germain.- Stwierdził Gideon.- Na nasze szczęście Lucy i Paul już im to kiedyś mówili, a oni stwierdzili że jak cztery osoby mówią to samo, to trzeba im uwierzyć.
- No tak, ale co z tym chronografem. - zapytałam - A może to jest banalne a ja nie myślę jeszcze trzeźwo po tej rozmowie w Smoczej Sali.
- Może. - znowu uśmiechnął się lekko unosząc kąciki ust. - Czy na ich miejscu uwierzyłabyś dwojgu nastolatków, którzy mówią że znaleźli chronograf w domu jednego z nich, w skrzynce ukrytej w ścianie?
- No... Chyba nie. - Odparłam, również się uśmiechając.
- No właśnie.
- A kiedy mamy zjawić się tutaj na elapsję?
- Dopiero o osiemnastej. - powiedział i spojrzał na zegarek. - Co daje nam cztery wolne godziny.
- Więc...Odwieziesz mnie do domu?
- Nie, nie do domu.
- No to gdzie?
- Niespodzianka.
* * *
Było w pół do drugiej kiedy Gideon zatrzymał samochód na parkingu przed super marketem.
- Przykro mi, Gwenny, ale żeby niespodzianka się udała, muszę zawiązać ci oczy. - powiedział Gideon, wyjmując czarną chustkę z kieszeni - Dobrze?
- Skoro to jest konieczne. - odparłam, robiąc smętną minę. - Czyń swą powinność.
Gideon uśmiechnął się lekko i zawiązał mi chustkę na oczach. Następnie objął mnie w talii jedną ręką, równocześnie otworzył bagażnik drugą, wyjął coś z niego i kolejnym ruchem ręki zatrzasnął go. Przez chwilę prowadził mnie po twardym, prostym gruncie, a potem powiedział 
 - Uwaga, teraz będzie kilka schodków w dół”. 
Później skręciliśmy w prawo i poczułam, że schodzimy na trawę. Po tym już kompletnie straciłam orientację, bo Gideon, bez żadnego ostrzeżenia, podniósł mnie, okręcił wokół własnej osi i zaczął schodzić w dół jakiegoś zbocza. Postawił mnie na ziemi i odsłonił oczy. Wokół mnie było pięknie! Byliśmy w dolinie, dookoła rosły bzy, latały motyle, a w uszach szumiał strumyk płynący za nami. Gideon stał obok mnie, trzymając w ręku kosz piknikowy.
- I co? Ładnie? - Spytał.
- Jest cudownie! Jak znalazłeś to miejsce?
- Mój ojciec oświadczył się tu mojej mamie, a kiedy Raphael i ja byliśmy dziećmi, często tu z nami przychodziła. - Odparł Gideon. - Warto było?
Zamiast odpowiedzieć, rzuciłam mu się na szyję, przewracając go na trawę. Leżeliśmy tak przez chwilę, a potem przetoczyłam się na plecy i odwróciłam się twarzą do niego. Patrzyliśmy na siebie uśmiechając się promiennie. Potem mnie pocałował. Odwzajemniłam pocałunek, a on jedną ręką mnie objął i przyciągnął do siebie, a drugą zanurzył w moich włosach. Zarzuciłam mu jedną rękę na szyję, a drugą położyłam na jego ramieniu. Całkiem straciliśmy poczucie czasu. Dopiero gdy jakieś monstrum zasłoniło słońce, odskoczyliśmy od siebie. A tym monstrum okazał się pewien ratlerek, który stanął bezpośrednio nad nami i za nic nie chciał wrócić do swojej pani, stojącej na szczycie wzgórza. Roześmialiśmy się, a Gideon wstał i pomógł mi zrobić to samo, prosząc o rozłożenie obrusu. Sam poszedł odnieść nieposłusznego ratlerka.